Maria Callas jako Violetta w operze 'La Traviata', 1958 r.

Maria Callas jako Violetta w operze 'La Traviata', 1958 r. (fot. Houston Rogers / Wikimedia.org / Domena publiczna)

wywiad Gazeta.pl

''Była ogromnie muzykalna. Poza tym uparta. To zrobiło z niej gwiazdę''. Prof. Łętowska o Marii Callas

Rys glamour w zachowaniu, dramatyczność życiorysu oraz arogancja w obchodzeniu się ze światem zewnętrznym sprawiły, że stała się diwą - tak prof. Ewa Łętowska opowiada o Marii Callas, słynnej śpiewaczce operowej. Do kin właśnie wchodzi film dokumentalny "Maria Callas" w reżyserii Toma Volfa. Jak ocenia go nasza rozmówczyni?

Zgromadziła pani w swoim mieszkaniu wielotysięczną płytotekę.

- To wyspecjalizowany zbiór. Wszystko zostało porządnie skatalogowane w Excelu. Ciekawostki i nagrania na żywo. Nie tylko opera, ale też kolekcje orkiestrowe i kameralne. Większość na czarnych płytach długogrających.

Profesor Ewa Łętowska (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)Profesor Ewa Łętowska (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Skąd to zainteresowanie muzyką u profesor zajmującej się prawem?

- W dzieciństwie uczyłam się gry na fortepianie, wzięłam nawet kilka lekcji śpiewu (głosu nie miałam), ale na poważnie nagraniami zainteresowałam się na studiach. To, proszę pana, lata 1957-1961. Mój mąż również był prawnikiem i też melomanem. Byliśmy najpierw kolegami ze studiów, zbliżyło nas wspólne chodzenie do opery i wymienianie się płytami, do tej pory mam te zbiory. Oprócz prawa to muzyka sprawiała nam największą przyjemność.

Ile w pani kolekcji znajdziemy nagrań Marii Callas?

- Trudno policzyć - bo nie wiadomo, czy brać pod uwagę płyty, czy pojedyncze nagrania. Mam też filmy i wywiady. Kilkaset się uzbiera. Callas ma piękną kartę fonograficzną złożoną z nagrań pirackich robionych ukradkiem i wydawanych przez jej miłośników. W tej chwili wszystko dostępne jest w Internecie.

Słyszała ją pani na żywo?

- Niestety, nigdy. Jak zaczęłam wyjeżdżać na Zachód, to ona akurat kończyła karierę. Żałuję.

Maria Callas i jej nauczycielka Elvira de Hidalgo (pierwsza z prawej) w 1954 r. (fot. Templar52 / Wikimedia.org / Attribution)Maria Callas i jej nauczycielka Elvira de Hidalgo (pierwsza z prawej) w 1954 r. (fot. Templar52 / Wikimedia.org / Attribution)

Co takiego miała w sobie Callas, a właściwie Cecilia Sophia Anna Maria Kalogeropoulou, że stała się najsłynniejszą artystką operową świata? Nazywano ją "primadonną stulecia", określano mianem "primadonna assoluta" i "La Divina" ("Boska").

- Zacznijmy od początku. Urodziła się w Nowym Jorku w rodzinie pochodzenia greckiego. Z matką wróciła wkrótce do Aten, ojciec został w USA. Później Maria do niego przyjechała, ale wojnę spędziła jeszcze w okupowanej Grecji. I tam, w Atenach, trafiła do Elwiry de Hidalgo, hiszpańskiej nauczycielki śpiewu. To ona zrobiła z niej koloraturę, czyli głos wymagający od wykonawcy biegłości i sprawnej techniki, doskonałego oddechu.

Jeszcze w konserwatorium Maria zaśpiewała Santuzzę w "Rycerskości wieśniaczej". W wieku 18 lat miała swój profesjonalny debiut na deskach teatru w operetce "Boccaccio" Franza von Suppé. Na przełomie lat 40. i 50. zaczęła robić karierę we Włoszech i wyspecjalizowała się w repertuarze belcanto koloraturowym. Miała ogromne możliwości - kilka głosów w jednym - ale nie można powiedzieć, że piękną barwę. Była ogromnie muzykalna. Poza tym była uparta. To zrobiło z niej gwiazdę.

Kadr z filmu 'Maria Callas' (fot. materiały prasowe)Kadr z filmu 'Maria Callas' (fot. materiały prasowe)

Trzeba jednak pamiętać o jej trudnym dzieciństwie.

- Ojciec ułożył sobie na nowo życie w Nowym Jorku. Rodzina nigdy się nie zeszła. Callas wychowywała się w strasznych warunkach. Po wojnie została tłumaczką, gdyż znała angielski i mogła współpracować z wojskiem amerykańskim. Tam dostawała racje żywieniowe. Brzmi to trywialnie, ale wtedy zaczęła dużo jeść - w reakcji na lata wojennej głodówki. To spowodowało, że jako nastolatka nabrała ogromnej tuszy. Zaczynając karierę w Europie, ważyła ponad 90 kilogramów. Wtedy pojawiły się kompleksy.

Ale z biednej i pogardzanej szybko stała się elegancką i uwielbianą.

- Na początku nie dość, że była otyła i niezgrabna, to jeszcze źle ubrana. Wszelkich nieszczęść dopełniała trądzikowa cera. Jej metamorfoza była drastyczna. Nastąpiła w sezonie 1953/54  - Callas schudła 30 kilogramów. Stała się smukłą i szykowną pięknością. Była wtedy zjawiskowa. Musiała też być osobą o niezwykłej dyscyplinie wewnętrznej.

Kadr z filmu 'Maria Callas' (fot. materiały prasowe)Kadr z filmu 'Maria Callas' (fot. materiały prasowe)

Pod koniec lat 40. zaczęła robić karierę. Wystąpiła w tytułowej partii w "Giocondzie" Ponchiellego w Arena di Verona. W jej życiu pojawił się wówczas Giovanni Battista Meneghini, 52-letni przemysłowiec z Werony, który został jej mężem. Wtedy zaczęła  śpiewać włoski repertuar. Następnie spotkała dyrygenta Tullio Serafina. On szukał Elwiry do "Purytanów". Callas szybko nauczyła się jej partii - to wysoka koloratura. Śpiewała tę rolę na przemian z Wagnerowską, dramatyczną rolą Brunhildy (nagranie jest zresztą  dostępne na YouTube). Jednak później nie chciała robić tego typu eksperymentów, bo takie przestawianie się powoduje straty na jakości głosu i jego zdrowiu. Potrafiła więc odmówić śpiewania na zmianę Lady Macbeth i Traviaty w MET [Metropolitan Opera - przyp. red.]. I potrafiła też dość brutalnie powiedzieć, że nie będzie obchodziła się ze swoim głosem jak z "gumą od majtek". To trywialna, ale trafna metafora.

O jej wyjątkowości nie świadczył tylko niezwykły głos?

- Nie. W śpiewie konieczne są trzy czynniki. Po pierwsze, oczywiście, trzeba mieć głos, żeby móc nim operować. Bywają głosy bardzo piękne, ale niedostatecznie wytrenowane technicznie. Trzeba zatem mieć technikę śpiewu. Po drugie, liczy się wytrwałość. I po trzecie - wnętrze, czyli zdolność przekazania zawartości emocjonalnej i intelektualnej muzycznego dzieła. Mówię jak z podręcznika, ale inaczej słowami nie da się tego opisać. A zatem Callas nie miała ładnego głosu w sensie samej urody. Nawet niektórzy twierdzą, że miała trzy głosy, którymi zręcznie operowała. Polecam wpisać na YouTube "Maria Callas ugly voice" Obejrzy pan przykłady.

Miała natomiast ogromny wolumen, śpiewała partie różnego rodzaju - zarówno koloraturowe, leggiero [z jęz. włoskiego 'lekko' - przyp. red.], jak i dramatyczne. Ona umiała nasycić je emocjonalnością. Była w tym mistrzynią. Przy czym jak słucha się jej opowieści, to łatwo się zorientować, że nie była wielką intelektualistką. Ona to po prostu czuła. Nie umiała tego opowiedzieć publiczności, ale potrafiła pokazać.

O jej talencie wokalnym pisano: "To istny cud!".

- Za jej życia odbyła się wojna Tebaldzistów z Callasistami. Renata Tebaldi była bardzo dobrą włoską śpiewaczką operową, ale Callas miała coś więcej. I słusznie mówiła o swojej koleżance: "Jeśli ona jednego dnia zaśpiewa Lady Macbeth, a drugiego partię Elwiry w 'Purytanach', to będziemy rozmawiały na temat tego, co można, a czego nie w naszym zawodzie". Zarozumiałość? Nie. To po prostu była prawda.

Pani jest Callasistką?

- Zdecydowanie. Generalnie rzecz biorąc, jeśli chodzi o wokalistykę, to pociągają mnie śpiewacy i śpiewaczki, którzy potrafią różnymi środkami ukazać swoje wnętrze, napięcie i emocje. Inaczej mówiąc, chodzi o blask, który rodzi się, gdy patrzymy na wielką gwiazdę. Tak było w przypadku Callas.

Kadr z filmu 'Maria Callas' (fot. materiały prasowe)Kadr z filmu 'Maria Callas' (fot. materiały prasowe)

Jej kariera trwała tylko 15 lat. Co było jej wyznacznikiem?

- Po pierwsze, przywróciła słuchaczom na całym świecie repertuar belcanto. I tu pewne wyjaśnienie. U nas mówi się piękny śpiew ['bel canto' to w dosłownym znaczeniu właśnie 'piękny śpiew' - przyp. red.] o kategorii, do której byli zaliczani Verdi czy Puccini. Nie. Do nurtu określanego jako piękny śpiew zaliczani są wcześniejsi kompozytorzy, od końca XVII wieku do pierwszej połowy XIX wieku. Rossini, Bellini, Donizetti i cała gromada mniej znanych, którzy nie byli grywani przez lata. Od epoki Callas zaczyna się przywracanie tego repertuaru.

Po drugie, rys glamour w zachowaniu, dramatyczność jej życiorysu - dzieciństwo, stosunek do rodziców, sprawy romansowe i małżeńskie - oraz arogancja w obchodzeniu się ze światem zewnętrznym zrobiły z niej diwę.

W książce "Opera na cały rok" Lucjan Kydryński pisał: "Gdy była u szczytu, deptała wszystko i wszystkich".

- Była arogancka w obejściu, jak każda gwiazda. Awanturowała się o premiery, ale nie była niegrzeczna. Wplątała się też w liczne skandale prawniczo-śpiewacze. Podpisała za młodu umowę na tournée po Stanach Zjednoczonych. Nie wywiązała się z niej i musiała zerwać. To się ciągnęło za nią latami. Tego typu afery miało wielu artystów. Warto też dodać, że każdy z członków jej rodziny, tzn. pierwszy mąż, matka i siostra, napisał książkę o Callas. One ukazują jej charakter. I złożone relacje z najbliższymi.

Callas znał cały świat, nie tylko ten artystyczny. Spotykała się z największymi, m.in. z Winstonem Churchillem.

- O, wielkie rzeczy. Po prostu obracała się w takim towarzystwie. Jej partner, grecki miliarder Arystoteles Onassis, zapraszał na wycieczki jachtem ludzi nauki, kultury i polityki. Churchill się tam pojawiał. To perspektywa epoki. Albo w określonym czasie jest się celebrytą i jest się razem z innymi wielkimi danego okresu, albo nie.

Relacja z Onassisem utrzymuje się kilka lat i kończy rozpadem. Niespełna 50-letnia Callas, znużona intensywnym życiem, zapowiada koniec kariery scenicznej. Próbuje stanąć na deskach teatru w Londynie w "Tosce".  I jest to jej ostatni występ operowy.

- Bardzo dramatycznie wypada jej ostatnie tournée po świecie. Jest to taka sytuacja, kiedy artysta wie jak, ale nie może zaśpiewać. Problemy z głosem pojawiły się już wcześniej, chyba po wyniszczającym organizm odchudzaniu. Podczas ostatniej trasy koncertowej podjeżdżała samochodem pod hotel jak zawsze, ale tam już byli tylko trzej wynajęci paparazzi. Ludzi nie było w ogóle. To jest uderzające i smutne. Callas umarła w wieku 53 lat. Niektóre śpiewaczki dopiero wtedy rozpoczynają prawdziwą karierę.

Kadr z filmu 'Maria Callas' (fot. materiały prasowe)Kadr z filmu 'Maria Callas' (fot. materiały prasowe)

Warto przypomnieć ważny filmowy epizod w karierze śpiewaczki. Pier Paolo Pasolini zaproponował jej rolę w "Medei" w 1969 roku.

- Wcześniej, bo w 1953 roku,  Callas wystąpiła w partii tytułowej "Medei" w operze Cherubiniego we Florencji, a w latach późniejszych śpiewała ją 30 razy na różnych scenach, tworząc jedną z najważniejszych ról swojej kariery. To jest niesłychanie dramatyczna rola, która idealnie pasowała do artystycznego temperamentu Callas. A film Pasoliniego nie jest zbyt dobry. W gruncie rzeczy bardzo zimny. Byłam rozczarowana.

Wchodzi właśnie na ekrany film dokumentalny "Maria Callas" Toma Volfa. Jest opowiedziany z perspektywy Callas.

- Ona w nim sama opowiada o sobie. Dla mnie wymowna jest scena, w której diwa u szczytu sławy zajeżdża rolls-royce'em przed teatr i otwierają się przed nią drzwi. Obok stoi tłum ludzi i paparazzi. Celebra w czystym wydaniu. Niech pan zwróci uwagę na to, jak ona jest ubrana. Czy przychodzi ubrana w spodnie i bluzę? Nie. Wygląda, jakby szła na raut. A zaczyna właśnie próbę. Podobnie podczas wywiadów - zawsze jest elegancka, chyba nawet przesadnie.

Ale to, co chce nam pokazać reżyser "Marii Callas", jest atrapą. W sposób nieprzemyślany obchodzi się z jej dorobkiem wokalnym. Nie pokazuje przemiany głosu artystki. Fragmenty wokalne są dobrane przypadkowo, nie są porządnie uszeregowane. Volf powinien przejrzeć  archiwalia jej wystąpień i nagrań, np. gdy genialna Callas śpiewa "Aidę" w Meksyku. Jest mnóstwo niezwykle ciekawego materiału. Występów, które przeszły do historii, podczas których publiczność szalała. Tego w filmie nie ma. "Maria Callas" to mógłby być fascynujący dokument, ale Volf tym tropem nie poszedł. Callas czeka więc cały czas na przyzwoity, monograficzny film o jej  karierze jako wielkiej artystki.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Prof. Ewa Łętowska.
 Prawniczka, specjalistka w zakresie prawa cywilnego, profesor nauk prawnych (1985). Pierwsza polska rzeczniczka praw obywatelskich (1988-1992), sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego (1999-2002) i Trybunału Konstytucyjnego (od 2002 do czasu przejścia w 2011 w stan spoczynku). Jest autorką wielu publikacji na temat związków opery i prawa. Właśnie w wydawnictwie Springer ukazała się międzynarodowa książka "Law and Opera", do której napisała wraz z Krzysztofem Pawłowskim tekst o wielości relacji prawa i opery.

Marcin Radomski. Dziennikarz, krytyk filmowy. Ukończył kulturoznawstwo na UW. Studiował również Film&Media na Uniwersytecie w Amsterdamie i dziennikarstwo filmowe w Collegium Civitas. Robi wywiady, pisze o polskim i zagranicznym kinie do "Kina", "Magazynu Filmowego", Kultury Onetu. Współpracował z TVP Kultura. Relacjonuje zagraniczne festiwale filmowe w Berlinie i Cannes. Prowadzi cykl filmowy "Smolne kino", gdzie rozmawia z polskimi twórcami filmowymi. Od trzech lat koordynator programowy CINEMAFORUM. Kocha kino i uwielbia festiwale filmowe.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Dalida

Dalida(fot. Eastnews)

''Moje życie gwiazdy kończy się w mroku''. Dalida żyła w cieniu samobójczych śmierci mężczyzn, których kochała

Wyjątkowa uroda i piękny głos - to znaki rozpoznawcze Iolandy Cristiny Gigliotti, znanej jako Dalida. Aktorka i piosenkarka, wykonawczyni takich hitów jak ''Gigi l'Amoroso'', ''Ciao amore, ciao'', ''Bambino'', ''Paroles paroles'' w maju 1987 napisała kartkę do swoich bliskich: Życie jest nie do zniesienia, wybaczcie.

Przychodzi na świat 17 stycznia 1933 roku w biednej dzielnicy Kairu, Szubra, w rodzinie włoskich imigrantów. We wczesnym dzieciństwie - ma wtedy rok - lekarz zaleca zabandażować jej oczy na dwa tygodnie. Przyczyna - podejrzenie groźnej choroby. Kuracja ta nie jest jednak skuteczna. Co gorsza, okazuje się na tyle traumatycznym przeżyciem, że do końca życia Iolanda boi się ciemności i śpi przy zapalonej lampce. Mimo przebytych operacji okulistycznych jest zmuszona do noszenia grubych szkieł, w szkole przezywają ją ''czterooka''.

Do jej najpiękniejszych wspomnień z dzieciństwa należą te, kiedy ojciec - Pietro Gigliotti - zabiera ją do Opery Kairskiej. Jest tam pierwszym skrzypkiem. Po latach zapytana w wywiadzie o ulubiony utwór operowy Iolanda nuci arię księcia Mantui z ''Rigoletta'' Verdiego.

Po lewej Dalida w 1954 r. jako Miss Egiptu, po prawej artystka sfotografowana w 1961 r. (fot. Sam Lovian / Wikimedia. org / Domena publiczna / Wikimedia.org / Domena publiczna)Po lewej Dalida w 1954 r. jako Miss Egiptu, po prawej artystka sfotografowana w 1961 r. (fot. Sam Lovian / Wikimedia. org / Domena publiczna / Wikimedia.org / Domena publiczna)

W 1940 roku Pietro Gigliotti, jak wielu mężczyzn o włoskich korzeniach podejrzewany o sprzyjanie faszystowskim Włochom, ukazem króla Farouka jest internowany na cztery lata. Powraca jako człowiek zrujnowany psychicznie i fizycznie. Niedługo po tym umiera z powodu udaru mózgu. Iolanda ma wtedy 12 lat. Nieobecność i choroba ojca bardzo na nią wpływają - jak piszą jej biografowie, potem przez całe życie poszukuje ojca w mężczyznach, z którymi się wiąże. W piosence ''Les hommes de ma vie'' śpiewa o Lucien Morisse, który w 1961 roku został jej mężem: ''W Paryżu, gdzie byłam obca, wziął mnie za rękę jak ojciec''. O rozpaczy po powrocie wyniszczonego ojca śpiewa także w piosence ''Il y a toujours une chanson''.

Miss Egiptu

Iolanda kończy edukację w wieku 18 lat. Pracuje jako stenotypistka, sekretarka, a także jako modelka-manekin w pracowni krawieckiej. Z pensji opłaca kolejną operację wzroku, tym razem udaną. W swoim pokoju przypięła zdjęcia Rity Hayworth, Avy Gardner, Cyd Charisse i marzy o karierze aktorki. W 1954 roku zostaje Miss Egiptu, jej zdjęcie w bikini z materiału z motywem pantery wydrukowane zostaje w gazetach. Wygrana otwiera jej drzwi do egipskiej kinematografii.

Zainspirowana rolą Hedy Lamarr w filmie ''Samson i Dalila'' Iolanda wymyśla dla siebie pseudonim artystyczny ''Dalila''. Zaczyna grać w filmach . Pierwsze produkcje z jej udziałem to ''Maska Tutenchamona'' oraz ''Szklanka i papieros''.

Ma być dublerką Rity Hayworth w filmie ''Józef i jego bracia'' (w końcu jednak zostaje nią Joan Collins). Sukcesy w egipskim kinie jej nie wystarczają, marzy o Paryżu. W wigilię Bożego Narodzenia 1954 roku pierwszy raz leci samolotem, a po wylądowaniu w stolicy Francji pierwszy raz widzi śnieg.

W Paryżu wynajmuje - chambre de bonne - liczące ledwie kilkanaście metrów jednopokojowe mieszkanie, najpierw przy rue de Ponthieu, potem przy rue Jean Mermoz. Jej sąsiadem przy Jean Mermoz jest Alain Delon, z którym później zaśpiewa w duecie ''Paroles, paroles''. Przez jakiś czas chodzi na przesłuchania i castingi, bez powodzenia. Żywi się głównie herbatnikami i jajkami na twardo, nie ma pieniędzy. W torebce ze sztucznej skóry nosi bilet powrotny do Kairu, na wszelki wypadek. Jednak nie rezygnuje. Żeby zarabiać pieniądze, zaczyna śpiewać w kabaretach, między innymi w Drap d'Or i Villa d'Este. Bierze udział w konkursie wokalnym dla amatorów w Villa d'Este. Podczas tego konkursu, za kulisami, spotyka Alfreda Macharda, scenarzystę, który doradza jej, żeby zmieniła w swoim artystycznym pseudonimie ''l'' na ''d''. Od tej pory Iolanda występuje jako Dalida, zdrobniale: Dali.

Po lewej Dalida w latach '60, po prawej okładka płyty ''Milord'' z 1961 r. (fot. Wikimedia. org / Domena publiczna / Wikimedia.org / Fair use)Po lewej Dalida w latach '60, po prawej okładka płyty ''Milord'' z 1961 r. (fot. Wikimedia. org / Domena publiczna / Wikimedia.org / Fair use)

Dalida triumfuje

Na kolejne przesłuchanie, na którym śpiewa Dalida, przychodzą Eddie Barclay, właściciel wytwórni Barclay Records, wydawca między innymi Jacques'a Brela i Charles'a Aznavoura, i Lucien Morisse, dyrektor radia Europe 1. Zachwycają się Dalidą. Barclay wydaje jej kolejne single, Lucien Morisse znajduje dla niej piosenkę ''Bambino'', którą promuje w radiu i która staje się międzynarodowym przebojem. Z Lucienem Morissem Dalidę łączy nie tylko praca, także miłość. Spotykają się przez parę lat, w 1961 roku biorą ślub. Ich małżeństwo nie przetrwa dłużej niż rok. Według Catherine Rihoit, poetki i biografki Dalidy, stało się tak dlatego, że dla Morisse'a żyć oznaczało pracować, a dla Dalidy, mimo że kochała pracę, żyć oznaczało coś więcej niż tylko praca.

Rozstając się z Morisse'em, rozstaje się nie tylko z mężczyzną, którego kocha, ale i ze swoim menedżerem i nauczycielem, który dawał jej wiele rad co do wyboru repertuaru, scenicznego wizerunku etc. Gdy pierwszy raz po rozstaniu ma zaśpiewać w Olimpii, gazety piszą: ''Bez Luciena Morisse'a Dalida jest nikim'', ''Dziś wieczorem w Olimpii będziemy asystować przy śmierci Dalidy''. Do garderoby Dalidy ktoś dostarcza nawet paczkę, w której znajduje się wieniec żałobny. Pierwsze kilka piosenek publiczność przyjmuje dość chłodno, ale kiedy artystka śpiewa pełną emocji ''Je me sens vivre'' - jak wspominają obecni na tym koncercie - przez salę przechodzi dreszcz. Dalida triumfuje.

Nagrywa piosenkę za piosenką, koncertuje na całym świecie, jest popularna (to piosenki w jej wykonaniu słuchają bohaterki filmu ''Kobiety z szóstego piętra'', pokojówki, gdy muszą dodać sobie animuszu i siły do sprzątania mieszkań). Zarabia coraz więcej, kupuje dom na Montmartre, rue d'Orchampt 11, w którym będzie mieszkać do końca życia. W wielu wywiadach powtarzała, że jest domatorką, lubi słuchać muzyki, czytać. Sprowadza z Kairu do Paryża swoją rodzinę, młodszy brat Dalidy zostaje jej menedżerem.

''Ciao amore, ciao''

W swoich utworach Dalida odmienia słowo ''miłość'' przez wszystkie przypadki. Jedna z jej najważniejszych piosenek - ta, która brutalnie podzieli jej życie na pół - nosi tytuł ''Ciao amore, ciao''. Napisana przez włoskiego poetę Luigiego Tenco, nie jest jednak utworem o rozstaniu kobiety i mężczyzny. To zaangażowana opowieść o rozdarciu Włoch lat 60. XX wieku - kontraście między bogatą północą a biednym południem. Jest w niej melancholia awansu społecznego, boomu gospodarczego i ceny, jaką trzeba za niego zapłacić. Dla Dalidy słowa ''Ciao amore, ciao'' będą wiązać się z tragedią.

Dalida na planie filmu 'L'Inconnue de Hong-Kong', 1963 r. (fot. Eastnews)Dalida na planie filmu 'L'Inconnue de Hong-Kong', 1963 r. (fot. Eastnews)

Luigiego Tenco Dalida poznaje we wrześniu 1966 roku. To miłość od pierwszego wejrzenia. Planują ślub, ale przedtem na festiwalu w San Remo każde z nich, osobno, ma zaśpiewać "Ciao amore, ciao". Tenco przyjęto chłodno, Dalidę - entuzjastycznie. Mimo to piosenka nie zostaje zakwalifikowana do finału. Tego samego wieczora Tenco strzela sobie w głowę; w pokoju hotelowym znajduje go Dalida.  Wkrótce potem sama próbuje popełnić samobójstwo - wynajmuje pokój w hotelu Prince de Galles, gdzie połyka proszki nasenne. Zostaje odratowana; po spędzeniu wielu dni pod namiotem tlenowym powraca do życia.

W cierpieniu, którego doświadczyła, stara się znaleźć pozytywy. Mówiła, że ''otworzyło jej drzwi do niej samej''. Czyta Freuda, Junga, Teilharda de Chardin (teologa, filozofa, antropologa). Poznaje Arnauda Desjardinsa, autora ''Dróg mądrości'', znawcę hinduizmu, buddyzmu tybetańskiego, zen, sufizmu. Razem jadą do aśramu mistrza Swami w Indiach. Mistrz odwodzi ją od pomysłu porzucenia kariery, mówiąc, że elementem jej przeznaczenia jest uszczęśliwiać ludzi swoją pracą. Dalida śpiewa więc dalej, ale jej wizerunek sceniczny ulega zmianie: występuje w prostych, długich, białych sukniach. W swoich piosenkach podejmuje temat śmierci, jak choćby w napisanej dla niej przez Gilberta Bécaud ''Amouresse de la vie'', w której śpiewa o radości życia odzyskanej po próbie samobójczej, a także o praktykowaniu uważności: ''dzisiaj, kiedy gryzę jabłko, wtedy naprawdę gryzę jabłko''.

Dalida podczas występu w paryskiej Olympii, 1974 r. (fot. Eastnews)Dalida podczas występu w paryskiej Olympii, 1974 r. (fot. Eastnews)

''Gwiazda posiada to, z czym mieszczański mężczyzna nigdy się nie ożeni''

Richard Chanfray, którego poznaje na początku lat 70., okazuje się kolejnym mężczyzną jej życia. Ten związek trwa prawie dziesięć lat. Chanfray podaje się za inkarnację hrabiego de Saint-Germain - poszukiwacza przygód, podróżnika, wynalazcy, muzyka, malarza, poety, alchemika, który żył w XVIII wieku. Zajmuje się różnymi dziedzinami sztuki, jednak bez sukcesu, który można by porównać z sukcesem Dalidy. Sama w późniejszych wywiadach będzie przyznawać, że był trudnym partnerem. Ale jej biografka, Catherine Rihoit, twierdzi, że dawał Dalidzie radość, której jej bardzo brakowało. Widać to choćby na zdjęciach i nagraniach z wakacji w jej domu na Korsyce, gdzie wspólnie pływają, piją pastis z przyjaciółmi, gotują.

W 1976 roku Dalida odbywa podróż do Egiptu, gdzie Michel Dumoulin nakręci o niej film. Obraz nosi tytuł ''Dalida pour toujours'' i pozwala jej się skonfrontować ze wspomnieniami z dzieciństwa. W 1979 roku Dalida śpiewa na otwarciu Eurostadionu w Tuluzie we Francji. Prasa pisze: ''Nic, co socjalistyczne, nie może się obejść bez Dalidy''. François Mitterrand jest jej fanem i bywa gościem na rue d'Orchampt 11. Na przełomie lat 70. i 80. artystka śpiewa także disco, w paryskim Palais des Sports daje wielki muzyczno-taneczny show w choreografii Lestera Wilsona, cieszący się ogromnym powodzeniem.

Na początku lat 80. rozpada się jej związek z Chanfrayem, który niedługo później popełnia samobójstwo. Dalida nie stworzy już z nikim długotrwałej relacji. W jej piosenkach z lat 80. pojawia się temat samotności i śmierci, jak choćby w ''Mourir sur scene''.

W 1986 roku przyjmuje rolę w filmie Youssef'a Chahine'a ''Szósty dzień'', kręconym w Egipcie. Gra starszą, zmęczoną życiem Egipcjankę o imieniu Saddika, która ratuje swego wnuka w czasie epidemii cholery.

''Wybaczcie, życie jest nie do zniesienia''

''Jestem każdą z kobiet'' - śpiewa Dalida w jednej ze swoich piosenek. To może być odpowiedź na fantazje mężczyzn o zmienności kobiet, o tym, żeby mieć ''je wszystkie''. Artystka może się wcielać w każdą z nich. Ale to kosztuje. ''Et ma vie de star fini dans le noir'' / ''Moje życie gwiazdy kończy się w mroku'' - to słowa tej piosenki. Z kolei 40-letnia Dalida, grana przez Sabrinę Ferilli w serialu ''Dalida'' z 2005 roku, przyznaje: ''Kiedy wracam do domu po koncercie, czekają na mnie tylko kwiaty, telegramy i zimny kurczak''. Dalida każe nam zajrzeć pod podszewkę życia gwiazdy. I zobaczyć to, co zaczyna się, kiedy gasną światła.

Plac Dalidy u zbiegu rue de l'Abreuvoir i rue Girardon w Paryżu, w pobliżu domu piosenkarki (fot. Pmk58 / Wikimedia.org / CC BY-SA 4.0)Plac Dalidy u zbiegu rue de l'Abreuvoir i rue Girardon w Paryżu, w pobliżu domu piosenkarki (fot. Pmk58 / Wikimedia.org / CC BY-SA 4.0)

2 maja 1987 roku wcześniej niż zwykle zwalnia gosposię do domu. Przebiera się w białą satynową piżamę, szczotkuje włosy. Pisze kartkę z prośbą o wybaczenie: ''Życie jest nie do zniesienia, wybaczcie, D.''. Połyka cztery fiolki proszków nasennych i popija je whisky. Podobno po raz pierwszy w życiu gasi nocną lampkę.

***

11 stycznia 2017 do francuskich kin wszedł film "Dalida". W rolę główną wciela się Sveva Alviti, zaś reżyserką i autorką scenariusza jest Lisa Azuelos, córka Marie Laforet, miłośnikom francuskiej piosenki znana jako wykonawczyni utworu ''Viens viens''. Poprzednią twórczynią, która oddała hołd Dalidzie, była Pascale Breugnot, autorka serialu ''Dalida'' z 2005 roku. Tytułową rolę zagrała w nim Sabrina Ferilli, znana między innymi z filmu ''Wielkie Piękno'' Paola Sorrentina.


Agnieszka Drotkiewicz.
Pisarka. Autorka powieści (''Paris London Dachau'', ''Dla mnie to samo'', ''Teraz'', ''Nieszpory'') oraz zbiorów rozmów (dwa wspólnie z Anną Dziewit - ''Głośniej! Rozmowy z pisarkami'', ''Teoria trutnia i inne''; sama - ''Jeszcze dzisiaj nie usiadłam'', ''Piano rysuje sufit''). Przeprowadziła wywiad rzekę z Dorotą Masłowską pod tytułem ''Dusza światowa'' oraz rozmowę z Ewą Kuryluk ''Manhattan'' i ''Mała Wenecja'', za którą otrzymała nagrodę Warszawskiej Premiery Literackiej. Publikowała regularnie między innymi w "Lampie", "Wysokich Obcasach", "Dwutygodniku".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku