Rajmund Kaczyński. Ojciec braci

Cezary Łazarewicz

O ojcu Jarosława i Lecha Kaczyńskich dziś wiadomo przede wszystkim to, że zmarł siedem lat temu. O jego pamięć nigdy nie zadbała najbliższa rodzina. Nie chciała zadbać.

Wieczór wyborczy Lecha Kaczyńskiego, 2005 r. Z lewej strony żona Maria, z prawej - matka Jadwiga. Fot. Tomasz Gzell/PAP

Jadwiga zapraszała koleżanki z Instytutu Badań Literackich na służbowe prywatki do mieszkania na warszawskim Żoliborzu. Wystarczyło przebić się przez ścianę papierosowego dymu nad fotelem, by z bliska zobaczyć jej męża Rajmunda. Był szczupły, niezbyt wysoki, cichy i lekko stłamszony. Takim zapamiętały go jej przyjaciółki.

REKLAMA

– Jadwiga sugerowała nam, że nie był to ten rycerz na białym koniu, na którego czekała całe życie, ale raczej przypadkowe małżeństwo – wspomina jedna z przyjaciółek. – W tej rodzinie zawsze więcej mówiło się o siostrze Jadzi, Marii, i o jej mężu, czyli wujku Stanisławie Miedzy-Tomaszewskim, niż o Rajmundzie.

O mężu Jadwigi, ojcu Lecha i Jarosława Kaczyńskich, koleżanki z IBL wiedziały wtedy bardzo niewiele. Że był kiedyś ranny w Powstaniu Warszawskim, że pracował na Politechnice Warszawskiej i że nie zrobił wielkiej kariery.

– Czuć było, że Jadwiga nie przepada za nim, więc tego drażliwego tematu się raczej nie poruszało – mówi przyjaciółka. Gdy zmarł w 2005 roku, został wymazany z pamięci. – Tak jakby nigdy nie istniał – dodaje. – Nigdy nie potrafiłam tego zrozumieć, dlaczego wokół matki, która nie brała nawet udziału w powstaniu, bracia stworzyli legendę wojenną, a o ojcu zupełnie zapomnieli?

Grób Rajmunda Kaczyńskiego na Powązkach. Fot. Grzegorz Petka


>>>Kim był Rajmund Kaczyński? Zobacz galerię zdjęć

Pseudonim Irka
Mieszkający od wielu lat w Australii Jerzy Fiedler, pseudonim Grot, pamięta Rajmunda jeszcze sprzed wojny. Chodzili razem do liceum matematyczno-fizycznego w Baranowiczach, które Rajmund skończył w 1939 roku.

Jego ojciec – Aleksander Kaczyński – był ważnym urzędnikiem kolejowym. Po ślubie z pochodzącą spod Odessy Franciszką osiedlił się w Grajewie na Podlasiu. To tam w roku 1922 urodził się Rajmund (miał jeszcze brata i siostrę, którzy zmarli w dzieciństwie). Gdy pięć lat później kolej państwowa zaoferowała Aleksandrowi Kaczyńskiemu stanowisko naczelnika ekspedycji węzła, rodzina przeniosła się do Baranowicz, największego miasta województwa nowogródzkiego, ważnego ośrodka gospodarczego, siedziby garnizonu wojskowego i oddziału Korpusu Ochrony Pogranicza.

Fiedler spotkał Rajmunda w Warszawie w 1940 roku i trochę się zdziwił, ale ten wyjaśnił, że po wkroczeniu Sowietów rodzina w obawie przed zsyłką na Sybir uciekła do stolicy. – Tylko że on tutaj nie znał nikogo – mówi Fiedler. Zaproponował koledze przystąpienie do armii podziemnej. Rajmund od razu się zgodził. Powiedział, że teraz będzie „Irką”. Skąd ten pseudonim? Bo tak nazywała się jego ukochana.

Energiczny, zdecydowany, służbista. Takim zapamiętał Rajmunda Jacek Cydzik, pseudonim Ran, który w roku 1943 prowadził tajne kursy dla podchorążych. Rajmund się wyróżniał, więc „Ran” powierzył mu dowództwo drużyny (7 drużyna, III pluton, kompania K-1 pułku „Baszta”).

REKLAMA

Potem decyzji trochę żałował, bo atmosfera w drużynie „Irki” nie była najlepsza. Podwładni wciąż się na niego skarżyli. – Nawet w wojsku nie co dzień wyzywa się ludzi od skurwysynów – mówił przed laty „Ran”. – Ale swoich ludzi wyszkolił dobrze – dodawał.

Fiedler mówi, że ojciec braci Kaczyńskich miał pewien feler charakteru: – Rajmund lubił narzucać swoją wolę, bo uważał, że tylko on ma rację. Wciąż się wykłócał o najdrobniejsze rzeczy.

Przeczytaj więcej w Newsweek PLUS

1 sierpnia 1944 r., kiedy wybiła godzina „W”, Kaczyński poprowadził swoją drużynę na jednostkę kawalerii SS stacjonującą na torze wyścigów konnych na Służewcu. Za poprowadzenie tego szturmu dostał później Krzyż Walecznych. Ale w zasadzie na tym skończył się jego udział w powstańczych walkach.

Niemcy odstrzelili mu kciuk prawej ręki. Bardzo krwawił, więc przekazał dowodzenie i wycofał się za mur wyścigów. Opatrywała go Helena Wołłowicz, ps. Rena, ciotka Bronisława Komorowskiego. Po latach opowiadała, że nie było po nim widać strachu. Z ręką na temblaku doczekał kapitulacji Mokotowa. Trafił do obozu przejściowego w Skierniewicach. Tu znów spotkał się z Fiedlerem, który wspomina: – Stąd mieli nas wysłać do obozów jenieckich.

Ale Rajmund powiedział, że do żadnych Niemiec nie pojedzie, i pokazał „Grotowi” furmankę zbierającą z ulic nieboszczyków. – Ja stąd z nimi wyjadę – powiedział.
– Położył się na furmance i kazał przykryć trupami – opowiada Fiedler. – Ryzykując rozstrzelanie, wydostał się na wolność, a my pojechaliśmy do obozów.

Po tej ucieczce (po latach otrzymał za nią order Virtuti Militari) Rajmund krążył po Polsce. Pojechał na krótko do Krakowa, potem do Łodzi, gdzie po wojnie, przed powrotem do Warszawy, skończył studia na Politechnice Łódzkiej.

Z 320 żołnierzy kompanii K-1 powstanie przeżyło nie więcej niż 30. Trzymali się zawsze razem. Co roku spotykali się 1 sierpnia na cmentarzu Powązkowskim, a potem – pod czujnym okiem UB – szli się napić do restauracji w hotelu Warszawa. – Nie widywałam Rajmunda na tych spotkaniach, ale może dlatego, że studiował wtedy w Łodzi – mówi łączniczka R. z kompanii K-1.

Inni sądzą jednak, że to dlatego, iż czuł już respekt przed władzą i nie chciał się narażać.
– Miał dość konspiracji i nielegalnych działań – mówi Fiedler, „Grot”. – Dlatego tak bardzo mu się nie podobało, że jego chłopcy zaczęli się potem kręcić koło tej opozycji.

REKLAMA

„Kiedy zaczęła się nagonka na Armię Krajową, było rzeczą prawdopodobną, że dosięgnie i jego – napisał na dziennikarskim portalu Studio Opinii jego znajomy ze studiów, który nie chce ujawnić nazwiska. – Koledzy doradzili jako osłonę – zapisanie się do partii. Z pozyskania Rajmunda Kaczyńskiego, człowieka z opinią uczciwego i sympatycznego, Oddziałowa Organizacja Partyjna była zadowolona. Nie był ani lizusem, ani donosicielem”.

Łączniczka R. uważa jednak, że informacja o wstąpieniu Rajmunda do PZPR jest nieprawdziwa i krzywdząca. W kwestionariuszach osobowych z lat 60., jakie udało mi się odnaleźć, Kaczyński senior w rubryce przynależność partyjna konsekwentnie wpisywał: „bezpartyjny”. Jego nazwisko nie pojawia się ani w dokumentach komitetu uczelnianego PZPR Politechniki Warszawskiej, gdzie pracował, ani we wspomnieniach najstarszych pracowników uczelni. Zaprzecza też prof. Wiesław Gogół, który z Kaczyńskim pracował od końca lat 50. w Instytucie Techniki Cieplnej Politechniki Warszawskiej.

Z drugiej strony, z całą pewnością Rajmund nie był też kimś, komu wpadłby do głowy pomysł obalania komunizmu. Uczelniana organizacja partyjna systematycznie wystawiała mu dobrą opinię. Był człowiekiem zaufanym. Dzięki temu mógł już w latach 60. wyjeżdżać na zagraniczne kontrakty do Anglii, Belgii, Holandii, RFN, Włoch i Libii. Władze PRL doceniały i nagradzały lojalnych pracowników – w latach 70. Rada Państwa przyznała Rajmundowi Kaczyńskiemu Złoty Krzyż Zasługi.

Zła przeszłość
Wcześniej jednak – zanim Rajmund dostał w 1958 roku etat na Politechnice Warszawskiej – trudno mu było gdzieś zagrzać dłużej miejsce. W Głownie pod Łodzią był konstruktorem w zakładach samochodowych, w warszawskich Państwowych Zakładach Optycznych – kierownikiem od remontów, w Miastoprojekcie – kierownikiem zespołu projektowego. Rozkręcał też prywatny biznes, ale szybko zbankrutował. Próbował się zahaczyć na uczelni jako asystent, prowadził zajęcia na kursach.

REKLAMA

W 1948 roku, podczas balu karnawałowego na Politechnice Warszawskiej, poznaje pięć lat młodszą od siebie Jadwigę Jasiewicz, studentkę polonistyki na UW. W tym samym roku biorą ślub, rok później przychodzą na świat bliźniaki. – Nie przeraziłam się jakoś, że to dwójka. Od razu bardzo te dzieci pokochałam i starałam się być blisko nich – mówiła po latach.

Jest rok 1949. Rajmund z rodziną wprowadza się do malutkiego mieszkania teścia przy Suzina, ale jednocześnie umawia się z właścicielem zrujnowanej kamienicy przy ulicy Lisa-Kuli 8, że wyremontuje ją w zamian za wynajęcie całego piętra. 80 metrów – na Warszawę metraż wówczas gigantyczny. Taka przynajmniej jest wersja Jadwigi Kaczyńskiej. Według anonimowego znajomego Rajmunda, tego, który opublikował list na portalu Studio Opinii, było jednak zupełnie inaczej. Rajmund w pierwszej połowie lat 50. organizował na polecenie partii skrócone studia dla towarzyszy z wyższych – partyjnych i państwowych – sfer. Jeden z nich, z bardzo wysokiego szczebla, zainteresował się losem młodego naukowca ze „złą przeszłością” i załatwił mu komunalne mieszkanie w willi.

W 300-stronicowym wywiadzie rzece „O dwóch takich...” bracia Lech i Jarosław Kaczyńscy niewiele miejsca poświęcili ojcu. Tylko na jednym zdjęciu widać Rajmunda. Jarosław zapamiętał, że tata panicznie bał się o ich zdrowie i ciągle wysyłał chłopców do lekarza. Lech też zapamiętał nadopiekuńczość, ale również jego stanowczy charakter.

– Ojciec całe dnie spędzał w pracy i miał mniejszy wpływ na moje życie – przyznał Lech. – Miałem pewne trudności w kontaktach z nim.
Jerzy Fiedler, który z bliska obserwował rodzinę Kaczyńskich, twierdzi, że pomiędzy ojcem i synami nie było silnej więzi.

– Oni byli blisko matki i ona była dla nich numerem jeden – mówi. – Rajmunda nie słuchali i ciągle się z nim kłócili. Narzekał, że nie ma na nich wpływu. A im byli starsi, tym bardziej się od niego oddalali.

Nie był świętoszkiem
Na politechnice Kaczyński nie zrobił naukowej kariery. Gdy w 1987 roku odchodził na emeryturę, w jego dokumentach zapisano, że rozprawę doktorską ma na ukończeniu, ale nigdy nie udało mu się jej skończyć. To dlatego – jak tłumaczy prof. Wiesław Gogół – że faktycznie pracę naukową rozpoczął dopiero w drugiej połowie lat 70. A gdy już wybrał temat pracy, to okazał się tak trudny i zawiły, że musiał prosić o pomoc koleżankę matematyczkę. Zamykali się na wiele godzin w pokoju 104 na pierwszym piętrze instytutu i pracowali do późna. Zamiast doktoratu powstały plotki o ich gorącym romansie.

Prof. Gogół: – Na pewno nie był świętoszkiem i nigdy nie krył zainteresowania kobietami, ale o swoich przygodach nikomu nie opowiadał. Profesor przyznaje jednak, że jeśli takie plotki docierały do rodziny, to mogły być bolesne. Rósł więc mur między Rajmundem a Jadwigą i synami.

REKLAMA

We wszystkich charakterystykach, które pozostały w archiwum politechniki, można przeczytać superlatywy: „bierze udział w pracach społecznych”, „energiczny, zdolny, sumienny, zaangażowany”. „Jest jednostką o wysokich wartościach społecznych i moralnych”. I jeszcze jedno powtarzające się zdanie: „Ma odwagę bronić własnych poglądów”.

Prof. Gogół precyzuje: – Ze wszystkimi się kłócił i nikt nie był w stanie go przekonać do swoich racji.

Polował na słabe punkty rozmówców, by się z nimi w czymś nie zgodzić i by te różnice rozdmuchiwać. W Instytucie Techniki Cieplnej mówiono, że z Dziewiątką (tak nazywano Kaczyńskiego z powodu obciętego kciuka) się nie zadziera i że lepiej zejść mu z drogi.

Gdy synowie Rajmunda stali się znani i zaczęli pojawiać się w mediach, prof. Wiesław Gogół spojrzał na nich innymi oczami.
– To tak jakby cechy Rajmunda podzielić na pół i rozdzielić je między dwie osoby – mówi. – Lech wziął z niego dobroć, życzliwość i wyrozumiałość, a Jarosław zadziorność, nieustępliwość i intelekt.

Dowody na istnienie
W wir życia kombatanckiego Rajmund rzucił się dopiero w latach 90., już w wolnej Polsce. Systematycznie chodził na spotkania kompanii K-1 pułku „Baszta”. W każdą rocznicę kapitulacji powstańczego Mokotowa jeździł na rocznicowe spotkania do Chojnowa, na działkę Haliny Wołłowicz, z którą się bardzo przyjaźnił od czasów powstania. Ubolewał tylko, że koledzy przychodzą na te spotkania z żonami i dziećmi, a on wciąż sam. Jednak nikogo z rodziny nie mógł na nie zaciągnąć. Jadwiga przyznawała w wywiadach, że ją nudzą powstańcze opowieści. „Ileż razy można słuchać?” – mówiła. Jarosław twierdził natomiast, że konspiracyjne opowieści mamy – choć ta w powstaniu nie wzięła udziału, bo jej w Warszawie nie było – bardziej przemawiały do niego i robiły na nim większe wrażenie.

Być może dlatego rolę bohatera powstania w hucznych obchodach 2004 roku, odbywających się pod patronatem prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego, odgrywała właśnie Jadwiga, a nie Rajmund. Nie wiadomo nawet, czy Rajmund był na otwarciu Muzeum Powstania Warszawskiego, ale na pewno nie było go na uroczystym bankiecie w ratuszu. Gdy Jerzy Fiedler zapytał prezydenta Warszawy o swego kolegę, ten odparł, że ojciec nie przyszedł, bo źle się poczuł.

REKLAMA

Koledzy Rajmunda mówią, że był człowiekiem z zadrą w sercu. Niby był dumny z synów, ale ciągle miał do nich pretensje. Gdy rok przed śmiercią odwiedził swoją koleżankę z kompanii K-2 Zofię Kowalewską-Jastrzębską, Rajmund rzucił nieoczekiwanie o szansach PiS w nadchodzących wyborach: – Boże, uchroń Polskę przed moimi synami narwańcami.

Nie zdążył zobaczyć ich ani w pałacu prezydenckim, ani w Kancelarii Premiera. Zmarł na raka płuc w kwietniu 2005 r., kilka miesięcy przed wielkim wyborczym zwycięstwem PiS i Lecha Kaczyńskiego. Umarł w rodzinnym domu przy ul. Mickiewicza na Żoliborzu. Pogrzeb na warszawskich Powązkach był skromny. Żadna gazeta nie napisała słowa o pogrzebie Rajmunda. W dwóch największych dziennikach warszawskich nie ma ani jednego nekrologu zamówionego przez najbliższą rodzinę. – Ponoć Jarek nie chciał, żeby stało się to pretekstem do grzebania w życiorysie ojca – mówi przyjaciółka Jadwigi.

REKLAMA
REKLAMA

Kaczyński: W momencie przywozu do Polski, wszystkie ciała powinny być poddane sekcji

po. PAP

Zachowanie Rosjan i władz polskich po katastrofie smoleńskiej to gigantyczny skandal - powiedział we wtorek prezes PiS Jarosław Kaczyński. Podkreślił jednak, że nie ma wątpliwości iż na Wawelu pochowani zostali: jego brat prezydent Lech Kaczyński i jego małżonka Maria.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński (fot. Tomasz Gzell/PAP)

Prezes PiS był we wtorek wieczorem w TVP1 pytany o informacje z Naczelnej Prokuratury Wojskowej, że ciało jednej z ofiar katastrofy smoleńskiej, Anny Walentynowicz zamieniono z ciałem innej z ofiar. Na pytanie, czy ma jakiekolwiek wątpliwości, czy na Wawelu został rzeczywiście pochowany jego brat odpowiedział: "Nie ukrywam, że ja tego nie rozpatruję w tym kontekście - ja przede wszystkim myślę tutaj o potwierdzeniu tego, co jest - w moim przekonaniu - wiadomo od bardzo dawna - tego gigantycznego skandalu jeżeli chodzi o zachowanie Rosjan, jeżeli chodzi o zachowanie polskich władz, jeśli chodzi o oszukiwanie opinii publicznej".

Czytaj też: Ksiądz Błaszczyk: Mieliśmy za dużo przeświadczenia o życzliwości Rosjan

Kłamstwa?

Kaczyński przypomniał wypowiedź obecnej marszałek Sejmu Ewy Kopacz, która jeszcze jako minister zdrowia zapewniała, że każdy znaleziony skrawek ciał ofiar katastrofy smoleńskiej został przebadany genetycznie. - To wszystko okazało się nieprawdą i to naprawdę powinno mieć w końcu konsekwencje. Jeżeli jesteśmy państwem demokratycznym, chcemy być państwem demokratycznym, praworządnym, to naprawdę to musi mieć konsekwencje - ci ludzie nie mogą nie mogą po prostu pozostać w polskiej polityce, bo to obraża najbardziej elementarne reguły życia w państwie - i demokratycznym i praworządnym - podkreślił prezes PiS.

Jego zdaniem, w Polsce z demokracją i praworządnością jest obecnie "bardzo niedobrze". - Tutaj po raz kolejny okazało się, że ci, którzy mieli do zachowań władz rosyjskich i polskich stosunek krytyczny mieli rację - dodał Kaczyński.

Wina Tuska

- Jestem przekonany, że to wszystko było robione w sposób skandaliczny i wskazujący na to, na co polskie władze, Donald Tusk osobiście, pozwolił, to znaczy na całkowite lekceważenie. Takie zachowanie, jakie wtedy pokazał nasz premier, to było pokazanie, że Polska po prostu może być lekceważona, że nawet w tak skrajnej sytuacji - mówił Kaczyński.

- Mówię o 10 kwietnia i o dniach po - o tych wszystkich decyzjach, które zresztą do dziś dnia nie są wyjaśnione także z punktu widzenia prawa, bo nie wiadomo na jakiej podstawie podjęto decyzję o trybie wyjaśniania tej sprawy, nie wiadomo kiedy podjęto tą decyzję. Jest sprawa tych trumien, kto podjął tę decyzję, żeby ich nie otwierać. Kto podjął taką decyzję, na jakiej podstawie prawnej, gdzie są dokumenty dotyczące tej kwestii - dodał.

Kto leży na Wawelu?

Kaczyński powiedział, że nie ma wątpliwości iż na Wawelu spoczął jego brat. - Ja rozpoznałem ciało mojego świętej pamięci brata na lotnisku i tutaj nie miałem żadnych wątpliwości, że to jest on. Był zmieniony, ale wątpliwości nie miałem - zapewnił.

- Później tutaj nastąpiła pewna zmiana związana z jakimiś zabiegami, bo ciało mojego brata było wyjęte z trumny i było poddane pewnym zabiegom, to ja uważam, że na Wawelu jest pochowany mój brat. Jestem o tym całkowicie przekonany - dodał.

Podkreślił, że podobnych wątpliwości nie ma również rodzina jego bratowej, Marii Kaczyńskiej, zarówno jej brat Konrad Mackiewicz, jak i córka prezydenckiej pary, Marta Kaczyńska.

Przeczytaj więcej w Newsweek PLUS

Sekcje wszystkich ciał

Prezes PiS wyraził też opinię, że ciała wszystkich ofiar katastrofy powinny były zostać poddane sekcji już po przywiezieniu po Polski. - Niepoddanie ich sekcji było działaniem skandalicznym i - w moim przekonaniu - łamiącym już nie tylko zasady postępowania karnego, ale także prawo karne - ocenił Kaczyński.

Dodał, że oczekuje od ministra sprawiedliwości wyjaśnień m.in. dlaczego ekshumacja ciał związana z wątpliwościami dotyczącymi ich tożsamości następuje po 2,5 roku po katastrofie. Podkreślił jednak, że "trudno mówić tutaj o odpowiedzialności politycznej Jarosława Gowina za to co się wtedy stało". - Za to odpowiada Donald Tusk, pani marszałek Kopacz. Za to odpowiadają ci politycy, którzy wtedy stanowili ścisłe kierownictwo partii, także obecny prezydent - stwierdził Kaczyński

Smoleńsk wraca do Warszawy na rocznicę

MM/PAP

Manifestacja, nowy raport zespołu Antoniego Macierewicza i miasteczko namiotowe pod kancelarią premiera - tak mają wyglądać obchody w trzecią rocznicę katastrofy rządowego Tupolewa.

- Społeczeństwo jest podzielone, ale dużo bardziej podzielona jest polityka, która staje się coraz bardziej emocjonalna - komentuje aktualny sytuację polskiego społeczeństwa politolog dr Olgierd Annusewicz (fot. Grzegorz Jakubowski/PAP)

Obchody organizują m.in. Prawo i Sprawiedliwość, kluby "Gazety Polskiej", stowarzyszenie Solidarni 2010 oraz Ruch Społeczny im. Lecha Kaczyńskiego.

W poniedziałek przedstawiciele PiS zgłosili w stołecznym ratuszu wnioski o zarejestrowanie kilku zgromadzeń na 10 kwietnia. Od godz. 6.00 do 22.00 ma być zajęte Krakowskie Przedmieście przed Pałacem Prezydenckim. - Zgłosiliśmy 100 tys. uczestników - powiedział warszawski radny PiS Maciej Wąsik.

Szef komitetu wykonawczego PiS Joachim Brudziński powiedział, że formuła uroczystości ma charakter rocznicowy, przede wszystkim żałobny. - Przyjadą autokary z całej Polski - zaznaczył.

Jak co miesiąc, politycy PiS rano po mszy w kościele seminaryjnym złożą wieńce przed Pałacem Prezydenckim, a wieczorem po mszy w katedrze św. Jana odbędzie się przemarsz przed siedzibę prezydenta.

Naprzeciwko Pałacu Prezydenckiego będzie ustawiona scena, na której mają przemawiać politycy PiS, członkowie rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej oraz mają odbywać się występy artystyczne. Z telebimów będą wyświetlane filmy poświęcone katastrofie. W okolicach pomnika Adama Mickiewicza ma być prezentowana wystawa plenerowa poświęcona Lechowi Kaczyńskiemu.

- Organizujemy się, by jak największą liczbą klubowiczów i całego naszego środowiska przyjechać na 10 kwietnia do Warszawy. Zobaczymy ile nas będzie, ale chyba bardzo dużo - powiedział prezes klubów "Gazety Polskiej" Ryszard Kapuściński. - Tak jak w ubiegłym roku, cały dzień będzie się coś działo, m.in. koncerty na Krakowskim Przedmieściu - dodał.

Zaznaczył, że kluby "GP" będą uczestniczyć we wszystkich uroczystościach, łącznie z marszem pamięci 10 kwietnia wieczorem. - Mamy nadzieję, że marsz zakończy się przed kancelarią premiera, a nie na Krakowskim Przedmieściu - powiedział Kapuściński. Jak dodał, być może uda się stworzyć miasteczko namiotowe pod KPRM.

- Chciałbym, aby w miasteczku było jak najwięcej namiotów. Zbieramy informację z całej Polski ile osób się zgłosiło - mówił Kapuściński. - Chcemy, by miasteczko było dotąd aż nie zmienimy tego rządu, który niszczy Polskę - dodał. Według niego, organizacja miasteczka ma być formą uczczenia rocznicy katastrofy smoleńskiej i pokazać, że Polacy nie zgadzają się z tym co robi rząd Donalda Tuska.

Ludzie składają kwiaty i zapalają znicze przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie (fot. Bartłomiej Zborowski/PAP)

Z kolei szef parlamentarnego zespołu badającego katastrofę smoleńską Antoni Macierewicz (PiS) powiedział, że jeszcze w tym tygodniu poinformuje o planach zespołu na 10 kwietnia. Ma zostać przedstawiony kolejny cząstkowy raport, tym razem poświęcony przebiegowi samej katastrofy, a nie - jak dotychczas - także przygotowaniom do lotu i kwestiom prawnym.

W minioną niedzielę, w kolejną miesięcznicę katastrofy prezes PiS Jarosław Kaczyński zachęcał do wzięcia udziału w uroczystościach 10 kwietnia. - Za miesiąc trzecia rocznica, dzień szczególny. Powinien być szczególny pod każdym względem. Poprzez obchody, które mam nadzieję będą potężne, ale także poprzez nasze szczególne skupienie wokół celów walki, które odnoszą się i do smoleńskiej tragedii, do prawdy o niej i sprawy uczczenia tych, którzy polegli - powiedział.

Przeczytaj więcej w Newsweek PLUS

Wojna o Martę Kaczyńską

Andrzej Stankiewicz, Piotr Śmiłowicz

W rozgrywce między Jarosławem Kaczyńskim a Marcinem Dubienieckim stawką jest władza w PiS. A główną kartą przetargową - córka nieżyjącego prezydenta.

Córka pary prezydenckiej, Marta Kaczyńska, idzie w kondukcie żałobnym z trumnami z ciałami prezydenta Lecha Kaczyńskiego i Marii Kaczyńskiej, który wyruszył spod Bazyliki Mariackiej na Wawel. Fot PAP

Kariera Marcina Dubienieckiego to konsekwentna realizacja zasady: przez serce do władzy. Kandydatem SLD w wyborach samorządowych w 2002 r. został dzięki zabiegom ojca, który jest w niego bezkrytycznie wpatrzony. Awans na szefa lokalnego banku zbiegł się w czasie ze związkiem Marcina Dubienieckiego z córką posła Platformy Obywatelskiej, który bankowi doradzał. Jednak prawdziwą szychą został dopiero dzięki małżeństwu z prezydencką córką Martą Kaczyńską – dziś jest przyszywanym zięciem Jarosława Kaczyńskiego. Biorąc pod uwagę, jak wiele dla lidera PiS znaczy rodzina, trudno sobie wyobrazić lepszą pozycję do startu w politykę.

On pytany o nią: „Spłonął pan na popiół, kiedy zobaczył Martę pierwszy raz?”. „Nie należę do osób, które się spalają w kontaktach. Marta zrobiła na mnie niebywałe wrażenie, ale w życiu nie pokazałbym jej, jak wielkie. Impreza po szkoleniu dla aplikantów adwokackich zorganizowana w konwencji wieczoru hazardowego. Wtedy wszystko postawiłem na jedną kartę”. Ona pytana o niego: „I znowu zakochanie?”. „Niesamowite zakochanie. Nagle wszystko trafiło na właściwe miejsce”.

Opowieści te pochodzą z wywiadów w kolorowych pismach, których Kaczyńska i Dubieniecki udzielali w kampanii prezydenckiej ledwie dwa miesiące po katastrofie smoleńskiej. Romantycznym opowieściom towarzyszyły gładkie sesje zdjęciowe – małżonkowie spożywający z córkami śniadanie na plaży. Marcin (biała koszula, podwinięte dżinsy mokre od bałtyckich fal) podawał Marcie (biały żakiet, rozpuszczone na wietrze włosy) przełamane na pół gotowane jajko. Ten lukrowany ekshibicjonizm tuż po smoleńskiej traumie wywołał niesmak nawet w PiS. Dziś Dubieniecki uważa, że to był błąd. – Namówił nas sztab wyborczy – twierdzi. Faktem jest jednak, że dzięki temu pojawił się w mediach. A o to przecież chodziło. Marcin Oktawian Dubieniecki niedawno skończył 30 lat. Urodziny wypadają w drugi dzień świąt, ale Dubieniecki nie przywiązuje do tego wagi, bo jest ateistą. Gdyby szukać młodego człowieka światopoglądowo najbardziej odległego od PiS, to prezydencki zięć miałby spore szanse. Lewicowe przekonania wyniósł z domu. Jego dziadek Henryk Dobrowolski był członkiem Centralnej Komisji Rewizyjnej PZPR. – Dobrowolski to był stary, ideologiczny komunista – wspomina były premier Józef Oleksy, który w latach 80. kierował biurem CKR. Ojciec Dubienieckiego, Marek, był funkcjonariuszem specsłużb PRL. – Powiedziałem panu prezydentowi od razu w czasie pierwszej rozmowy, że tata był w służbach. On się tylko upewnił: „Ojciec nie był w SB? To pewnie był w MSW, w Inspektoracie II. To jest kontrwywiad. Poza tym pan nie ponosi odpowiedzialności za decyzje pana ojca” – wspominał Dubieniecki w „Gali”.

Sprawa wcale jednak nie jest tak oczywista. Marek Dubieniecki pracował w dwóch komórkach Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Gdańsku. Pierwsza z nich – Inspektorat II – wcale nie była kontrwywiadem, ale ekspozyturą Biura Studiów MSW, specjednostki, która opracowywała metody walki z opozycją. W drugim miejscu pracy Dubienieckiego, Wydziale III-1, zajmowano się z kolei nadzorowaniem sytuacji na uczelniach. Obie jednostki organizacyjne znajdowały się formalnie w strukturach SB. Faktem jest jednak, że Marek Dubieniecki wielkiej kariery w bezpiece nie zrobił. Do służby wstąpił w lipcu 1986 r., kiedy już system chylił się ku upadkowi, i odszedł po roku. Po upadku komunizmu ojciec Dubienieckiego otworzył własną praktykę prawniczą. Prowadzi kancelarię w pomorskim Kwidzynie i działa w SLD. Był m.in. szefem regionalnego sądu koleżeńskiego Sojuszu. Syn poszedł w jego ślady. Jednak na studia prawnicze wiodła go kręta ścieżka. Sam przyznaje, że uczniem był słabym. Z liceum wyrzucono go za wagary, wtedy też zaczął zawodowo grać w bilard. – Z ojcem, który był moim menedżerem, właściwie co weekend wyjeżdżaliśmy w Polskę na rozgrywki bilardowe. Potem z tego grania utrzymywałem się w Londynie – wspominał w kolorowych pismach. Mimo początkowych problemów z nauką dostał się na studia prawnicze. Wtedy zaczął intensywnie myśleć o karierze. W 2002 r. kandydował z list SLD w wyborach samorządowych w Kwidzynie, ale dostał tylko 34 głosy.

Pomógł mu związek z Aleksandrą Kozdroń, córką Jerzego Kozdronia, posła PO. Kozdroń – tak jak ojciec Dubienieckiego – miał w Kwidzynie własną kancelarię i współpracował z tamtejszym Powiślańskim Bankiem Spółdzielczym. Wkrótce Dubieniecki zaczął kierować filią banku w Gdańsku. Odpowiada wymijająco, gdy go o to pytamy. – Myślę, że gdybym nie wybrał zawodu adwokata, to dziś z powodzeniem kierowałbym bankiem – mówi. Pracę stracił w połowie 2005 roku, po rozstaniu z poselską córą. Na krótko został prezesem Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami w Kwidzynie.

Z Martą poznali się jeszcze na studiach w Gdańsku,
ale związali się dopiero po rozpadzie jej pierwszego małżeństwa. – Pamiętam, to było 10 grudnia 2006 roku. W ośrodku w Juracie Marta przedstawiła mnie rodzicom. Powiedzieli, że jeżeli jesteśmy szczęśliwi, to oni też. Siedzieliśmy po kolacji. Dochodziła 21. Było miło. I wtedy powiedziałem: „Jest jeszcze coś, panie prezydencie, co chciałbym panu zakomunikować. Pana córka jest w ciąży”. Dobrze, że prezydent trzymał wtedy w ręku szklankę z wodą, bo przez chwilę nie mógł powietrza złapać – wspominał Dubieniecki w „Gali”.

Od tej pory stał się stałym gościem rodziny Kaczyńskich. – Pamiętam naszą wspólną kolację z parą prezydencką. Dubieniecki z Martą byli na niej jeszcze jako narzeczeni – wspomina znajomy rodziny Kaczyńskich. – Robił dobre wrażenie. Wyglądał na rozsądnego i opanowanego. Większość naszych rozmówców twierdzi jednak, że Dubieniecki to raptus. – Kiedyś, już po Smoleńsku, w czasie dyskusji o polityce Lecha Kaczyńskiego omal nie rzucił się z pięściami na jednego z trójmiejskich prawników – opowiada nasz rozmówca związany z gdańską palestrą.

Marta Kaczyńska w ich wspólnym wywiadzie: „Jesteśmy trochę jak ogień i woda. Marcinjest bardzo porywczy”. Wedle naszych informacji przed ślubem podpisali intercyzę. Marcin Dubieniecki wszedł w życie publiczne w nagłych, posmoleńskich okolicznościach i nie zdążył oczyścić przedpola.

Gdy gazety zaczęły mu się przyglądać, okazało się, że jest postacią kontrowersyjną. Sporo zamieszania wywołała informacja „Super Expressu”, że będąc zięciem prezydenta, przygotowywał skazanemu na 11 lat więzienia wnioski o ułaskawienie do... prezydenta►. Cięższe działa wytoczyła „Gazeta Wyborcza”. Zarzuciła mu próbę wyłudzenia pieniędzy z wrocławskiej Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej (SKOK)►. Podczas skomplikowanej operacji Dubieniecki miał się starać, aby część pieniędzy (po 750 tys. zł) trafiła na konto kancelarii jego ojca oraz na konto Roberta Draby, byłego prawnika Lecha Kaczyńskiego i szefa jego kancelarii.

Wedle naszych ustaleń Draba jest jednym z najbliższych partnerów biznesowych Marcina Dubienieckiego.
– W pewnym momencie ze strony organów z Wrocławia było duże zainteresowanie naszą znajomością – twierdzi Dubieniecki. Chodzi o wrocławską prokuraturę, która prowadziła śledztwo w sprawie pieniędzy SKOK. W połowie lipca 2010 r. do kancelarii Marka Dubienieckiego wkroczyli funkcjonariusze ABW i zajęli dokumenty dotyczące tej operacji. Młody Dubieniecki przekonuje nas, że sprawa była polityczna. – Afera SKOK była wydmuszką skonstruowaną na potrzeby uderzenia za moim pośrednictwem w Jarosława Kaczyńskiego – twierdzi. Zapewnie, że w tej sprawie występował wyłącznie jako adwokat: – Sąd Apelacyjny przerwał tę sprawę, jednoznacznie odmawiając zwolnienia mnie z tajemnicy adwokackiej. To był jeden z nielicznych momentów, gdy uwierzyłem w państwo prawa i sprawiedliwość sądów. Dubieniecki ma własną kancelarię, która zajmuje się głównie obsługą biznesu. Jego nazwisko znaleźliśmy na liście udziałowców kilku spółek: Grupa Krajowe Składy Budowlane, MD Invest, MTA Trade. Wszystkie zajmują się głównie obrotem nieruchomościami i handlem rozmaitymi surowcami.

Pod koniec 2009 roku Dubieniecki – już jako prezydencki zięć – pozbył się niektórych interesów. Wyszedł choćby ze spółki DDGS Chemical, którą założył z Jerzym Glasgallem oraz Robertem Drabą. Glasgall to były wojskowy, który zachował świetne kontakty w armii. W 1993 roku jego spółka jako pierwsza polska firma zdobyła kontrakty po interwencji w Iraku. Niedawno Dubieniecki pozbył się także udziałów w spółce Global Trading Solutions, którą zakładał wraz z obywatelem Rosji Yurim Lavrovskim. W PiS panuje przekonanie, że Dubieniecki ma dobre kontakty biznesowe na Wschodzie. On sam zapewnia nas: – Pana Lavrovskiego widziałem może raz. Spółka była zakładana dla klienta. Jako adwokat mogę się pojawiać w różnych konfiguracjach, z czego nic nie musi wynikać.

Według naszych rozmówców w PiS Lech Kaczyński – dość niezaradny finansowo – cenił biznesowe talenty zięcia, które pozwalały jego córce i wnuczkom żyć w luksusie. – Lech zawsze bardzo dobrze wyrażał się o Marcinie, chwalił go za zaradność i dbałość o rodzinę – mówi dawny współpracownik prezydenta. Dubieniecki zyskiwał też tym, że bardzo dobrze opiekował się córkami, nie tylko Martyną, lecz także Ewą, córką Marty Kaczyńskiej z pierwszego małżeństwa. Dziś Dubienieccy mieszkają na ekskluzywnym osiedlu w Gdyni, jeżdżą luksusowymi autami, noszą drogie ciuchy. – Maria Kaczyńska także popierała decyzję córki. Uważała, że Dubieniecki to dla niej odpowiednia partia – mówi „Newsweekowi” znajomy prezydenckiej pary. Dubieniecki próbował nawet odgrywać rolę politycznego łącznika teścia z lewicą. Jeszcze przed katastrofą smoleńską sondował znanych sobie polityków SLD w sprawie poparcia Lecha Kaczyńskiego w drugiej turze wyborów prezydenckich.

Więcej dystansu do nowego wybranka bratanicy miał zawsze Jarosław Kaczyński, który nawet nie pojawił się na ich ślubie. Oficjalna wersja: musiał się opiekować chorą nestorką rodu, Jadwigą Kaczyńską. Wiele mówią słowa szefa klubu PiS Mariusza Błaszczaka, który zapytany o polityczne ambicje Dubienieckiego oświadczył: – Marcin Dubieniecki ma poglądy inne niż PiS, więc byłoby to coś niezwykłego, gdyby pojawił się na naszych listach. Błaszczak nigdy by tak nie powiedział, gdyby nie było na to przyzwolenia lidera PiS. Tyle że Kaczyński jest w niebywale trudnej sytuacji i musi Dubienieckiego tolerować, bo w rozgrywce politycznej używa on broni emocjonalnej, a przez to niesłychanie skutecznej: Marty.

Prezydencka córka nie tylko jest najbliższą rodziną Kaczyńskiego, lecz także może w przyszłości odegrać ważną rolę polityczną. – W sytuacji, gdy spuścizna Lecha Kaczyńskiego jest towarem politycznym, poparcie lub brak poparcia Marty może mieć bardzo duże znaczenie – mówi polityk z kręgu PiS. – Dlatego Jarosław trochę się Dubienieckiego obawia i nie może się od niego jednoznacznie odciąć. Dubieniecki namawia podobno Martę, by wykorzystała legendę ojca i zaangażowała się w politykę. On sam zastanawia się nad rozmaitymi wariantami politycznymi. Miał podobno nawet sondować liderów PJN, czy mają kogoś, kto zbuduje im struktury na Pomorzu.

Niedawno Dubieniecki został pełnomocnikiem prawnym żony w sprawie katastrofy smoleńskiej. On też pośredniczy w jej kontaktach z mediami. Czasem trudno się połapać, czy mówi jako mąż, adwokat, czy też jako menedżer Marty Kaczyńskiej. W każdej z tych ról to on ma decydujący wpływ na to, co robi prezydencka córka. O Jarosławie Kaczyńskim mówi: stryjek. I próbuje zbliżyć się do lidera PiS na gruncie towarzyskim. Nie jest to jednak łatwe, bo ten nie utrzymuje tak szerokich kontaktów jak Lech, jest też bardzo nieufny. W PiS Dubienieckiego się boją.

Młody, dobrze wykształcony, przystojny, a przede wszystkim bezczelny i niepodporządkowany partyjnej dyscyplinie. Korzystając z immunitetu przyszywanego zięcia lidera PiS, Dubieniecki już przystąpił do rozstawiania po kątach działaczy PiS. Uchodzącej niemal za dawną narzeczoną Kaczyńskiego Jolancie Szczypińskiej wysłał list, w którym radzi, by odeszła z polityki, „włożyła różę w zęby i przespacerowała się po Słupsku z jakimś księdzem”. To aluzja do podpatrzonego przez tabloidy romantycznego spaceru posłanki po stolicy z zaprzyjaźnionym duchownym. Ale dał też po głowie głównemu pretendentowi do politycznej schedy po Kaczyńskim, Zbigniewowi Ziobrze, i jego sojusznikowi Jackowi Kurskiemu. – Żaden Ziobro, żaden Kurski w duecie z Ziobrą nie są w stanie zastąpić Jarosława Kaczyńskiego – oświadczył w „Gazecie Wyborczej”. Pytamy Dubienieckiego, czy on sam widzi się w roli następcy „stryjka” na fotelu szefa PiS? Nie zaprzecza. I mówi: – Jeśli są tacy w PiS, którzy mnie atakują, to widocznie mają obawy co do mojej obecności w tej partii. Ja nie żywię urazy wobec tych ludzi. Zakładam nawet, że są w większości reformowalni i zdolni do podjęcia współpracy z ewentualnym prezesem, jeżeli kiedyś taki nastanie po Jarosławie Kaczyńskim. Przed tegorocznymi wyborami lider PiS musi podjąć decyzję: przyznać Dubienieckiemu miejsce na listach wyborczych czy też nie. Kaczyński miał co prawda na partyjnych spotkaniach uspokajać działaczy, że Dubieniecki kariery w PiS nie zrobi, bo mogłoby to zostać uznane za nepotyzm. Jednak może nie mieć wyboru, jeśli odrzucenie „zięcia” będzie oznaczało konflikt z Martą.

Przeczytaj więcej w Newsweek PLUS

Jak się dowiadujemy, Dubieniecki myśli o pierwszym miejscu na listach PiS w okręgu gdyńsko-słupskim. A to oznacza zaostrzenie konfliktu z Jolantą Szczypińską, zwykle okupującą tę pozycję. Według niektórych działaczy PiS Dubieniecki rozważa także start w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku. A wówczas wszedłby w konflikt z Hanną Fołtyn-Kubicką i Anną Fotygą, które też mają startować z tego okręgu, a są bliskimi współpracowniczkami Kaczyńskiego. Dubieniecki składa „Newsweekowi” takie deklaracje, jakby decyzja o jego wejściu do polityki już zapadła. – Działalność prawniczą z polityką można swobodnie połączyć. W każdej partii potrzeba doświadczonych ludzi i dobrych pomysłów – przekonuje.

Zresztą Dubieniecki od dawna wypowiada się jak polityk. Choćby pod koniec grudnia, gdy oświadczył, że katastrofa smoleńska mogła być zamachem. W PiS Dubieniecki mógłby stać się patronem tych posłów, którzy od dłuższego czasu przebąkują o koalicji z SLD. Przekonuje, że ma świetne koneksje na lewicy. – Zbudowanie takiej koalicji opartej na gwarancjach towarzyskich ma szansę zniwelować animozje programowe – twierdzi. Były minister w rządach SLD Wiesław Kaczmarek, znajomy Dubienieckiego: – Marcinowi radziłem, żeby poświęcił się zawodowi prawnika, a nie pakował się w politykę, bo to często bardzo źle się kończy. Jednak Dubieniecki ani myśli słuchać rad byłego ministra. Ścieżkę kariery ma już zaplanowaną: pierwsze miejsce na liście PiS na Pomorzu, potem efektowne stanowisko w Sejmie. W finale stołek prezesa PiS i premierostwo, być może w rządzie PiS-SLD. Czy Jarosław Kaczyński rzeczywiście zdecyduje się go namaścić na swego następcę?

Na razie to wykluczone, ale kto wie? Przecież Oktawian został usynowiony przez Cezara dopiero w testamencie. I to mu wystarczyło, by przejąć władzę.

Pochowane na Wawelu

Violetta Ozminkowski

Kontrowersje wokół wawelskich pochówków nie są wyrazem współczesnego upadku obyczajów. Kiedy żonę Władysława Jagiełły chowano do grobu, wystrojona w odświętne stroje szlachta tańczyła i śpiewała.

Fot. PAP

Maria Kaczyńska nie jest pierwszą kobietą pochowaną na krakowskim Wawelu we wspólnym grobie z mężem. Razem z Janem III Sobieskim spoczywa w sarkofagu Maria Kazimiera, zwana przez Polaków Marysieńką. Ciała monarszej pary nie trafiły jednak na Wawel prostą drogą.

 

Król Jan III Sobieski zmarł w 1696 roku w Wilanowie. Jego żona i dzieci, zamiast pogrążyć się w żałobie, rozpoczęły kłótnie o spadek: królewicz Jakub posunął się nawet do tego, że nie chciał wpuścić do Zamku Królewskiego braci i matki z ojcowską trumną. Tą decyzją jednak najpierw skompromitował się w oczach poddanych, a potem stracił szansę na elekcję. Ostatecznie szczątki Jana III Sobieskiego trafiły do kaplicy na Zamku Królewskim, skąd uroczyście przeniesiono je do warszawskiego kościoła Kapucynów przy ulicy Miodowej. Tam król spokojnie czekał, aż dołączy do niego ukochana za życia Marysieńka.

 

I się doczekał. Dokładnie 21 lat później którejś nocy furtian kapucynów usłyszał łomotanie w drzwi. Kiedy wyjrzał, przed furtą zobaczył trumnę. Mieściła ciało kobiety z berłem i medalionem w ustach, który zdradzał, że była to królowa Marysieńka Sobieska, zmarła rok wcześniej na zamku Blois we Francji. Trumnę z ciałem królowej zostawił przed klasztorną bramą dawny sługa i towarzysz broni Sobieskiego, Filip Dupont. Na rozkaz króla Augusta II Mocnego królową pochowano w kościele Kapucynów obok męża. Później przewieziono ich razem na Wawel i złożono w jednym sarkofagu.

 

Marysieńka nie była za życia lubiana przez Polaków. Szlachta nazywała ją kobietą fatalną, złym duchem poczciwego i walecznego męża, który jej ulegał. „Wszystkie przykrości znosił z bezprzykładnym mazgajstwem, a sponiewierany przez żonę, jak żak płakał po kątach nad swoją niedolą” – pisał o monarsze historyk Jan Śliwiński.

 

Królowa nieszczęśliwa

 

Niekochaną królową była natomiast Anna Jagiellonka. Zmarła w 1596 roku, jej ciała nie złożono jednak w sarkofagu męża, Stefana Batorego, zastrzegła to bowiem w testamencie. Nienawidziła męża z całego serca. Ponieważ nie doczekali się potomstwa, zaś Anna była bardzo szpetna – mówiono, że nie mogła wybaczyć królowi braku pożądania.

 

Po śmierci Batorego pogrążyła się w modlitwie. Pod koniec życia prawie nie wychodziła z kościoła. Zmarła z wycieńczenia. W testamencie prosiła, by jej sarkofag ustawić z dala od miejsca spoczynku mężczyzny, przez którego musiała zabrać cnotę do wawelskiego grobu.

 

Zuchwała Francuzica

 

Równie nielubianą królową była Ludwika Maria Gonzaga, żona Jana Kazimierza. Plotkowano o jej rozwiązłości. Jedna z plotek mówi zresztą, że przyszła królowa Marysieńka była jej nieślubną córką. Legenda ta wzięła się stąd, że Marysieńka była damą dworu od wczesnego dzieciństwa – w podróż do Polski z Francji Ludwika Maria zabrała ją, gdy dziewczynka miała zaledwie cztery lata.

 

Historycy twierdzą, że Ludwika Maria była kobietą inteligentną, energiczną i wyemancypowaną, w czasie potopu szwedzkiego prowadziła nawet samodzielnie wojska. Szlachta jej nie cierpiała – tym bardziej że najprawdopodobniej przewyższała inteligencją męża, króla Jana Kazimierza, i wtrącała się do polityki.

 

Gdy zaczęła głośno występować przeciwko przywilejom szlacheckim, zyskała przydomek „zuchwałej Francuzicy”. Uznano ją za niebezpieczną intrygantkę i popularność królowej spadła tak drastycznie, że „piekielna harpia” czy „magiera” były jednymi z delikatniejszych epitetów, jakimi ją określano. Kiedy w maju 1667 roku umarła, mawiano, że miesiąc ten „przyniósł królowej śmierć, a królestwu zdrowie”.

Przeczytaj więcej w Newsweek PLUS

 

Żony Władysława

 

Gorzej zachowywano się tylko na pogrzebie Elżbiety z Pilczy, żony Władysława Jagiełły, w 1452 roku: wystrojona w odświętne ubrania szlachta śmiała się i tańczyła. Elżbieta była trzecią żoną Jagiełły, on zaś jej czwartym mężem.

 

Nie pochodziła z monarszego rodu i została królową w wieku 45 lat. Najprawdopodobniej te dwa powody sprawiły, że mimo ogromnego bogactwa, jakie wniosła w wianie nie tylko mężowi, lecz także skarbcowi Rzeczypospolitej, szczerze ją znienawidzono.

 

Ludzie nie przekonali się do niej, pomimo że małżeństwo monarchy uznawane było za szczęśliwe, a żona króla ponoć bardzo go kochała. Co ciekawe, ciało Elżbiety z Pilczy już nie spoczywa na Wawelu. Usunięto je na pewien czas, żeby zrobić miejsce dla sarkofagu Stefana Batorego (w roku 1586) i kości zaginęły. W katedrze wawelskiej spoczywają więc prochy tylko trzech żon Władysława Jagiełły: Jadwigi, Anny Cylejskiej i Sonki, czyli Zofii Holszańskiej.

 

Kochana i samotna

 

Z Jagiełłowych żon lud uwielbiał tylko królową Jadwigę, piękną, młodziutką, dziś świętą. Paradoksalnie jednak to właśnie ona nie była szczęśliwa w małżeństwie z władcą Rzeczypospolitej. Historycy twierdzą, że Jadwigę, subtelną intelektualistkę, odstręczała od Jagiełły różnica kultury i obyczaju, nie mówiąc już o różnicy wieku. Małżeństwo nie doczekało się męskiego potomka, a królowa pogrążyła się w modlitwach i zupełnie serio myślała ponoć o klasztorze.

 

Królowa amazonka

 

Pierwszą zaś monarchinią, która dostąpiła zaszczytu pochowania na Wawelu, była królowa Anna (zmarła w 1339 roku). Anna Aldona Litewska, żona syna Władysława Łokietka – Kazimierza – znana była z siły fizycznej i zamiłowania do jazdy konnej.

 

Legendy głoszą, że za jej czasów na dworze pełno było grajków i śpiewaków, bo lubiła tańczyć i śpiewać – co zresztą jej rozmiłowana w ascezie teściowa Jadwiga potępiała. Do tego stopnia, że usiłowała nie dopuścić do koronacji Anny po śmierci króla Władysława Łokietka. Anna włożyła jednak koronę na głowę, a potem została pierwszą kobietą pochowaną na wawelskim wzgórzu, czemu zmarła wcześniej niechętna teściowa zapobiec już nie mogła.