Artykuły z portali internetowych

Wywiad Violetty Ozminkowski z Tomaszem Wołkiem, nr 49/2012
NEWSWEEK: Słyszał pan określenie „dzieci Wołka"? Na przykład „Cezary Gmyz, wychowanek Tomasza Wołka?".

TOMASZ WOŁEK: Nie poczuwam się do ojcostwa prawicowych publicystów, któ­rzy odeszli w zeszłym tygodniu z „Uwa­żam Rze”. Przede wszystkim dlatego, że wielu z nich takiego porównania by sobie nie życzyło, a i ja też. To są bardzo róż­ni dziennikarze czy publicyści, z którymi pracowałem, współpracowałem albo by­łem ich szefem. Część z nich to dziś rodzaj stada, hordy czy watahy wilków, które czasem gryzą się także między sobą i roz­szarpują. Mieliśmy tego przykład, kiedy ostatnio wybuchła awantura o to, kto pra­womocnie zbiera podpisy w obronie Ce­zarego Gmyza, a kto nie.

Kiedy mówi pan o hordzie, kogo ma pan na myśli?

- Takich ludzi jak Bronisław Wildstein, Piotr Zaremba, Robert Mazurek, Igor Zalewski, Igor Jankę, Piotr Semka, Pa­weł Lisicki, Dominik Zdort czy bracia Karnowscy. Niektórzy z nich byli moi­mi etatowymi dziennikarzami najpierw w „Życiu Warszawy”, a potem w „Życiu”.

Robert Krasowski, byty naczelny „Dziennika", a wcześniej pański zastępca w „Życiu”, nazwał ich tak: „onanizujący się w ukryciu faceci o twarzach pucołowatych ministrantów”.

- Ja bym aż tak efektownych metafor nie używał. Robert Krasowski był szalenie inteligentnym, ale równie cynicznym redak­torem naczelnym. „Dziennik” w założeniu miał być konserwatywny, ale wyważony, coś na kształt niemieckiego „Die Welt”. Niestety, stał się organem IV RP i dlate­go upadł.

Petycji w obronie wyrzuconego z „Rzecz­pospolitej" po aferze trotylowej Tomasza Wróblewskiego nie było. Jest spoza hordy. Dlaczego reszta działa stadnie?

- Oni mają ten nawyk wypracowany od lat, wspólnie piszą listy protestacyjne, pety­cje, razem zatrudniają się w redakcji albo zwalniają z niej. Ci ludzie dokądkolwiek przychodzą do pracy, zawsze przychodzą do kogoś. Po pewnym czasie, a ta sytuacja powtarza się od lat, zaczynają tych, którzy przyjęli ich do pracy, traktować w najlep­szym wypadku jako naiwnych safandułów. W gorszym jako przeciwników, a w najgor­szym - wrogów. Zaczynają czuć się właści­cielami medium, które opanowali. Może niekoniecznie w sensie materialnym, ale mentalnym. To oni chcą rozstrzygać o jego profilu i publikacjach. Jeśli właściciel czy redaktor naczelny nie podziela ich poglą­dów albo próbuje się im przeciwstawiać, reagują na zasadzie ostrej, niekiedy brutal­nej, ale zawsze stadnej reakcji. Odchodzą.

Kiedyś taką hordą poszli z panem.

- Tak, i nigdy o tym nie zapomniałem. Gdy w 1995 roku mój wspólnik wyrzucał mnie z dziennika „Życie Warszawy” z powodów ewidentnie politycznych, to większa część tego zespołu poszła za mną. W przekona­niu, jak sądzę, że będzie to medium nieza­leżne, uczciwe, w którym się odnajdą i nie będą czuć nacisków politycznych. Ale pa­miętam również gremialne reakcje, kiedy rozstawałem się z redaktorem Wildsteinem i spora część zespołu odeszła, nie go­dząc się z tą decyzją.

Podobno nie przepadał za redaktorem Wildsteinem pański pies Kleks.

- Naprawdę nie wiem, co mu się sta­ło, bo na ogół był bardzo przyjazny ludziom. Ale rzeczywiście, kiedy spotka­liśmy się na mojej działce w Kobyłce tuż przed ruszeniem „Życia” z moim zastęp­cą Jurkiem Wysockim i Bronkiem, Kleks ruszył w stronę Bronka idącego po ścież­ce do domu i niespodzianie ugryzł go w pośladek.

Nie lubił liberałów, którzy głośno przyznawali się do swojej przynależności do loży masońskiej?

- Ja pamiętam Bronka jeszcze z cza­sów dawnej opozycji SKS krakowskiego, z czasów Pyjasa, Maleszki, jako lewackie­go anarchistę we fryzurze typu afro. Każ­dy ma prawo do zmiany poglądów, ale jego ewolucja przeszła w fazę rewolucji. Poglądy Bronka Wildsteina w obu roz­daniach, tym młodzieńczym i obecnym, są niesłychanie radykalne. Uważam go zresztą za złego ducha tej grupy, bo dla wielu z nich jest idolem, w którego wpa­trują się niekiedy z uwielbieniem. A prze­cież oprócz zasług, których nie można mu odmówić, wyrządził i wyrządza wie­le szkód. Lista Wildsteina jest haniebną kartą w jego życiorysie. Skrzywdziła wie­lu ludzi i rozsiała na wielką skalę klimat podejrzeń w Polsce. On nigdy za nią nie przeprosił. Wręcz przeciwnie, był dumny z tego dzieła, uważał, że jest porównywal­ne do zdobycia Bastylii czy wysadzenia szwedzkiej kolubryny.

Jest wiele mitów o waszym rozstaniu.

- Bronek chciał być jednym z moich za­stępców, tak też się stało. Pozostali zastęp­cy, Tomasz Wróblewski i Paweł Fąfara, uzmysłowili mi, że zawala wiele spraw. Poszedłem z nim na piwo i powiedzia­łem, że powinniśmy się rozstać, ale daj­my sobie jeszcze kilka miesięcy. Jeśli wygra AWS i zostanie przełamany mono­pol SLD, będą większe możliwości zna­lezienia pracy. Nie był zachwycony, ale przytaknął. AWS wygrała wybory. Na kolegium redakcyjnym, zgodnie z umo­wą, podziękowałem Bronkowi za wkład, jaki wniósł w pracę redakcji. Konsterna­cja. Bronek o naszej rozmowie nie wspo­mniał nikomu słowem, czyli, jak mówi młodzież, rżnął głupa, ja zostałem obsa­dzony w roli niedobrego szefa, który nie wiadomo dlaczego wyrzuca znakomite­go redaktora. Później wyrzuciłem z pracy Piotra Skwiecińskiego, który chciał opub­likować nieudokumentowany tekst doty­czący słynnej afery żelatynowej.

Wtedy doszło do rozłamu?

- Rzecz polegała na tym, że na początku byłem uznawany przez nich za safandułę, liberalnego poczciwca, który zajmuje się głównie piłką nożną. A kiedy zorientowali się, że to nie oni będą rządzić redakcją, za­częli odchodzić, bo za każdym razem mie­li i mają takie aspiracje, żeby nią rządzić. Ale co gorsza, zaczęły się też pomówie­nia śledczo-tropicielskie. To miało zwią­zek z tym, że niektórzy z nich, jak Jacek Łęski, pracowali wcześniej w UOP. Za­częła się atmosfera węszenia, podejrzeń, szukania haków na ludzi, którzy z jakichś względów im się nie podobali. Potem, już w „Rzeczpospolitej”, Cezary Gmyz z zajadłością polował na prof. Bronisława Geremka. Szukał na niego haków w IPN. Było w tym coś chorobliwego. Coraz częś­ciej przyłapywałem moich młodszych ko­legów na różnego rodzaju manipulacjach.

Na przykład?

- Kiedyś ukazało się w „Życiu” zdjęcie Ka­rola Sawickiego z charakterystycznym wąsem, dziennikarza wówczas telewizyj­nego, pochylonego nad uchem Edwarda Gierka. Ale ktoś do mnie zadzwonił i po­wiedział: „Panie redaktorze, to nie jest całe zdjęcie, mam odbitkę”. Pokazał mi ją. Na zdjęciu obok Edwarda Gierka siedział wysoki dostojnik szwedzki, bo to była rozmowa, w której Karol Sawicki uczest­niczył w roli tłumacza. Puszczanie okrojonego zdjęcia było jawną manipulacją.

Może pańscy podwładni byli po prostu za młodzi, żeby to rozumieć?

- Kiedy kierowałem „Życiem Warsza­wy”, dziennikarze, nazywani dziś prawi­cowymi publicystami, przychodzili do mnie w większości rzeczywiście jako mło­dzi ludzie. Cieszyłem się, że oto dorasta pierwsze pokolenie dziennikarzy w Pol­sce, którzy mają szansę być dziennikarza­mi niezależnymi, którzy nie muszą liczyć się z cenzurą. Dziś myślę, że spora część z nich tej szansy nie wykorzystała.

Zbyt szybko zostali gwiazdami?

- Wystarczyły dwa, trzy artykuły, poka­zanie się w telewizji, jakaś audycja i oni już czuli się tym, co dziś nazywamy celebrytami. Myślę, że to część z nich zde­moralizowało intelektualnie i politycznie. Widomym przejawem tej demoraliza­cji były lata IV RP, rządy braci Kaczyń­skich. W ich ręce dostała się większość pośrednio lub bezpośrednio liczących się mediów: „Rzeczpospolita”, „Wprost” Marka Króla, „Dziennik”, telewizja publiczna, radio publiczne, „Gazeta Polska”, a do tego tabloidy. Oprócz tego mieli imperium dyrektora Rydzyka. To był szczyt ich demoralizacji. Uznali, że przejmu­ją rząd dusz, że „michnikowszczyzna”, żeby użyć idiotycznego określenia Rafa­ła Ziemkiewicza, będzie starta na proch. Uczynili z mediów oręż propagandy. Wy­starczy przypomnieć skandaliczne tytuły: „Doktor Śmierć” „Polska Michnika i Ry­dzyka”. Często ta deprawacja stawała się udziałem dziennikarzy o nie byle jakim dorobku.

Kogo ma pan na myśli?

- Piotr Zaremba przyszedł do „Życia” jako młody, zdolny dziennikarz. Chwilę później ówczesny premier Tadeusz Ma­zowiecki zapytał mnie: „Kto to jest ten Piotr Zaremba, pisze bardzo dobre teks­ty o konstytucji?” Mogłem z dumą powie­dzieć: to jest mój dziennikarz, historyk z wykształcenia. Jednak dziennikarze, którzy wcześniej pisali ważne i ciekawe teksty, z biegiem czasu stawali się szer­mierzami jednej prawdy. Tak też się stało z Zarembą, który przez długi czas pisał: „tak, ale”, „owszem, niemniej jednak”, a teraz nie ma już żadnych wątpliwo­ści. Myślę, że u części tych dziennikarzy istnieje mentalna potrzeba posiadania guru, wodza. Dla wielu kimś takim stał się Jarosław Kaczyński. Pamiętam teks­ty Zaremby, że to genialny strateg, który przewiduje na dziesięć kroków naprzód, czy równie bałwochwalcze teksty braci Karnowskich. Nie ma jednak wątpliwo­ści, że część publicystów prawicowych traktuje Kaczyńskiego jak paranoika i nie wie za bardzo, co z tym począć. Ich dra­mat polega na tym, że zabrnęli za daleko.

Tę tęsknotę czuć w dowcipach Zalewskiego i Mazurka.

- To para żałosnych wesołków. Ich rub­ryka satyryczna zamieszczana w różnych pismach prezentuje humor na poziomie PRL-owskiej „Karuzeli”. Było kiedyś takie pismo dla ubogich, słynące z jarmarczne­go, często chamskiego, z gruba ciosanego dowcipu.

Taki dowcip wynika najczęściej z frustracji.

- Widać to także w grafomańskiej litera­cko-politycznej prozie Rafała Ziemkiewi­cza. Bierze się to stąd, że przez moment tacy jak on, przynajmniej tak im się wyda­je, byli władcami umysłów Polaków. Dziś plują na salon, na Adama Michnika, ale tak naprawdę chcieliby królować na tych salonach, a mogą tylko zabierać głos w ża­łosnym, nędznym salonie klubu Ronina z reżyserem Grzegorzem Braunem w roli głównej. Tam ciągle pojawiają się hasła o powstaniu, zrywie, rewolucji.

I dlatego w końcu wybuchli na trotylu, a z Cezarego Gmyza zrobili bohatera?

- Tomek Wróblewski, który ostrzegał mnie, jak manipulował tekstem Piotr Skwieciński, powinien przy tekście Gmyza uważać po dziesięciokroć. Zgubi! go brak czujności, bo ci ludzie w grupie dzia­łają jak wataha wilków. Potrafią być nie­słychanie destrukcyjni.

Nie dziwię się, że nazywają pana zdrajcą.

- Przyznaję się do tego, że w pierwszej po­łowie lat 90., może jeszcze trochę później, byłem nadmiernie radykalny w swoim antykomunizmie. Wywodziłem się z nur­tu opozycji i całe swoje świadome życie próbowałem z komunizmem walczyć. To mnie zbliżało do tych młodych ludzi, któ­rych zatrudniałem, choć już wtedy wi­działem niedobre tropy.

Na przykład?

- Kiedy pojawiała się w redakcji nie­sprawdzona jeszcze informacja, że być może ktoś jest agentem, zaczynała się nie­zdrowa atmosfera nagonki. Ale do pew­nego stopnia te nastroje podzielałem i rozumiałem, bo gdy Aleksander Kwaś­niewski wygrał wybory z Lechem Wa­łęsą, nie byliśmy w Unii ani w NATO, ja także obawiałem się recydywy postkomunizmu. Miałem odwagę publicznie się do tego przyznać. Zdałem sobie sprawę, że nie można w nieskończoność widzieć w byłych komunistach partyjniaków. Oni też mają prawo do zmian, prawo do od­nalezienia się w nowej, demokratycznej Polsce. Ale tzw. lud smoleński, „niepo­korni dziennikarze” nie chcą tego przy­jąć do wiadomości. Dla nich Polska ciągle jest pod okupacją. Stąd te niedorzeczne brednie o potrzebie odzyskania niepodle­głości. Część z nich to niespełnieni poli­tycy. Dla nich racja kogoś innego zawsze będzie zdradą.

Teraz odnajdą się w nowym dwutygodniku braci Karnowskich?

- Będą musieli, bo żaden przytomny wy­dawca ich nie zatrudni niezależnie od swoich poglądów politycznych. Każdy bę­dzie miał poczucie, ze przyjmuje na pokład hordę wilków, która go za jakiś czas zagryzie.