Czytasz ten artykuł, bo jesteś prenumeratorem Wyborczej. Dziękujemy!

Wojciech Saduski - profesor nauk prawnych, wykłada filozofię prawa na Uniwersytecie Sydnejskim, jest profesorem w Centrum Europejskim Uniwersytetu Warszawskiego.

W nowej konkurencji sportowej pod hasłem „Kto pierwszy rozwali/ocali polski Sąd Najwyższy?” Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu w zasadzie jest bez szans.

Po pierwsze dlatego, że związany jest prawem, podczas gdy KRS takie okowy nie wiążą, bo ludzie PiS-u mogą zmieniać reguły z dnia na dzień poprzez decyzje, że obrady „publiczne” będą tajne, albo przez kłamstwa w żywe oczy, że KRS zbierze się dopiero we wrześniu. Następnie zarządzają w sierpniu zebrania z dnia na dzień i wysyłają pocztą zaproszenia do kandydatów, które przyjdą już po fakcie.

Po drugie, nad KRS, w przeciwieństwie do TSUE, stoi nie tylko skuteczny nadzorca Zbigniew Ziobro, przed którym gamoniowaci członkowie KRS drżą, ale jeszcze dwójka energicznych komisarzy politycznych: Krystyna Pawłowicz i prokurator Stanisław Piotrowicz.

"Ja się nie zastanawiam nad tym, kto został wybrany". Pytamy sędziów KRS, dlaczego głosowali za prokuratorami

W efekcie jest mała szansa, by Trybunał Sprawiedliwości UE ze swoim staroświeckim podejściem do prawa i uczciwości zdążył rozważyć pytania prejudycjalne Sądu Najwyższego i skargę naruszeniową Komisji Europejskiej nawet w zakresie wniosków o tymczasowe zabezpieczenie, zanim nieprawidłowo wybrana, ale za to w pełni dyspozycyjna KRS obsadzi odpowiednią liczbę wakatów w SN.

Notabene zupełnie niepotrzebnie sędzia Laskowski już ogłosił, że w wypadku wprowadzenia się do neo-SN jakiejś jejmości podającej się za nową pierwszą prezes – I prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf opuści lokal. Właściwie dlaczego? Nawet gdyby takie były jej plany, po co zamordystom ułatwiać zadanie?

"Nie mam z tyłu głowy nic chyba". Zapytaliśmy sędziów KRS, czy nie obawiają się, że kiedyś będą rozliczani

Konkurs na inkwizytorów

Farsa z ekspresowymi „przesłuchaniami” w KRS pokazała stopień zdeprawowania polskich zawodów prawniczych – choć można się oczywiście pocieszać, że tak mało osób zgodziło się na taką kompromitację, zwłaszcza zgłaszając się do Izby Dyscyplinarnej.

Ten nowy organ Małej Inkwizycji Zbigniewa Ziobry ma być batem na niezależnych sędziów i innych prawników. Sam Ziobro już ogłaszał, kogo ma ta izba dyscyplinować – a przypomnę, że władze nigdy nie wyjaśniły, dlaczego sędziowie izby mają dostawać 40-procentowy dodatek do pensji i emerytury. Nie wiąże się to przecież z jakąś szczególną zawiłością zagadnień, z jakimi przyjdzie się mierzyć inkwizytorom – dodatek jest więc oczywiście premią za ześwinienie się i nikt tego nie ukrywa.

Właśnie dlatego, że Izba Dyscyplinarna nie będzie „sądem” w takim samym sensie, w jakim sądami są inne Izby, a praca będzie łatwa i jeszcze lepiej płatna, zgłosiły się różne miernoty, które w neo-SN wyczuły jedyną w życiu szansę na błyskotliwy awans.

Szczególną przykrość sprawiła mi obecność na liście kandydatów do Izby Dyscyplinarnej jedynego czynnego tam naukowca. Mój były kolega wydziałowy dr hab. Jan Majchrowski (profesor UW) zasłużył się „dobrej zmianie” jak chyba nikt z akademickich prawników. Napisany pod jego kierunkiem w połowie 2016 r. na zamówienie marszałka Kuchcińskiego wazeliniarski raport w sprawie Trybunału Konstytucyjnego uzasadniał najgorsze rozwiązania tzw. ustawy naprawczej z grudnia 2015, w tym nawet te, które w międzyczasie PiS złagodził.

Jego raport szedł na całość – stawiał prezydenta RP w roli zwierzchnika Trybunału (wybory prezesa TK mają być tak skonstruowane, by „pracami TK kierowały osoby cieszące się zaufaniem Prezydenta”), postulował, by większość wymagana dla wyroków TK stanowiła 2/3 (co miało zabezpieczyć ustawy PiS przed skuteczną kontrolą), i – oczywiście – by sprawy były rozpatrywane w kolejności wpływu (dla uchronienia ustaw PiS-owskich przed rychłym rozpatrzeniem).

W swym raporcie Majchrowski przymilnie pisał o „niezależnym Prokuratorze Generalnym”, nie przyjmując najwyraźniej do wiadomości fuzji tego urzędu z ministrem sprawiedliwości, czyli czynnym politykiem. Lizusostwo się opłaciło: Majchrowski został zarekomendowany do Izby Dyscyplinarnej, a Andrzej Duda oczywiście go powoła.

Zadanie dla tzw. Trybunału

Zbigniew Ziobro wpadł tymczasem na pomysł, by Sąd Najwyższy – a przy okazji także traktaty o Unii Europejskiej – zaskarżyć do organu kierowanego przez mgr Przyłębską i agenta Muszyńskiego. Sam Muszyński w ostatniej chwili zrezygnował z kandydowania do SN, co niechybnie musi oznaczać, że jego oficerowie prowadzący uznali, że większy z niego pożytek dla służb jako nadzorcy u boku mgr Przyłębskiej, która upojona popularnością w mediach publicznych i SKOK-owych („Człowiek wolności”) może się trochę zbiesić.

Wniosek Ziobry, będący odpowiedzią na pytania prejudycjalne SN, jest prawniczo groteskowy z kilku powodów. Po pierwsze, TK nie jest sądem apelacyjnym w odniesieniu do SN i nie może oceniać wyroków tego ostatniego.

Po drugie, we wniosku Ziobro domaga się, by TK stwierdził niezgodność z konstytucją „treści normatywnych wydobytych przez skład Sądu Najwyższego z kodeksu postępowania cywilnego oraz Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej”, choć TK nie zajmuje się „treściami wywiedzionymi z przepisów” (cokolwiek by to napuszone sformułowanie znaczyło), ale samymi przepisami.

Po trzecie, Ziobro chce, by TK oceniał prawo europejskie – a jak przytomnie zauważył w Radiu TOK FM profesor Marek Chmaj, włączenie do wniosku także oceny przepisów traktatowych wskazuje, że zdaniem Ziobry TK może już wszystko.

Być może tak jest i tzw. TK posłucha się jak zawsze Ziobry, ale wątpliwe, by ktokolwiek chciał zwracać na to uwagę, bo przecież jutro Ziobro może zwrócić się do TK o unieważnienie Karty Narodów Zjednoczonych i prawa grawitacji.

Natomiast wściekła nagonka na Sąd Najwyższy w związku z pytaniami prejudycjalnymi, w której wzięły udział wszystkie ogniwa owej zorganizowanej grupy przestępczej, która teraz rządzi Polską – a zatem prezydent, premier, ministrowie i posłowie większości parlamentarnej – musi im zostać zapamiętana. Nie ma bowiem państwa demokratycznego, w którym głowa państwa tak bezczelnie i ostentacyjnie ogłasza, gdzie ma Sąd Najwyższy.

To przyczynek do długiego aktu oskarżenia, który już gdzieś jest spisywany, a ewentualne przyszłe tłumaczenie, że obwiniony uczynił to ze strachu przed prezesem partii albo w stanie załamania z powodu stałego ośmieszania go przez własną partię, nie będzie stanowiło okoliczności łagodzącej.

Muszyński nielegalny

Równolegle bombą prawniczą okazała się opóźniona nieco publikacja wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z 20 czerwca br. Sąd pod przewodnictwem Beaty Blankiewicz-Wóltanskiej przy okazji rozpatrywania sprawy regulowanej pewnym przepisem ustawy o postępowaniu administracyjnym (w grudniu ub. roku uznanym przez TK za niekonstytucyjny) stwierdził, że Mariusz Muszyński jest osobą nieuprawnioną do orzekania w TK.

Opierając się na wyrokach samego TK z 2015 i 2016 r., WSA uznał, że „wybór” Muszyńskiego nastąpił na już prawidłowo obsadzone wakaty sędziowskie, i nie ma na to wpływu fakt, iż prezydent nie przyjął od trzech z wybranych sędziów ślubowania.

Zatem w grudniu 2017 w orzekaniu „brała udział osoba, która nie jest (…) sędzią tego Trybunału”, co może być „przesłanką nieważności wyroku z uwagi na nienależną obsadę sądu” – orzekł WSA. Ten sam sąd powstrzymał się jednak przed wyciągnięciem dość oczywistych wniosków, a mianowicie uznaniem od razu wyroku podjętego z udziałem Muszyńskiego za nieważny – stwierdził, że nie ma ku temu kompetencji.

Ta ostrożność przed powiedzeniem „B”, skoro powiedziało się „A” (typowa zresztą dla polskiego sądownictwa administracyjnego), nie podważa znaczenia wyroku. Pokazuje on, że upiory z roku 2015, kiedy to PiS dokonał pierwszego zamachu na konstytucję, obsadzając dublerami wakaty w TK, wróciły i będą wracały tak długo, jak w Polsce są jeszcze uczciwi i przyzwoici sędziowie.

Agent Muszyński już zdążył odpowiedzieć, wypłakując się w radykalnym prawicowym portalu, że jest „nękany” i „dręczony”. Zaraz jednak w przypływie brawury ogłosił hardo: „wojna wręcz mnie żywi”, po czym zaproponował, by jego oponenci poczytali „charakterystyki osobowościowe w miejscach, gdzie kiedyś pracowałem”.

Będzie to trudne, bo teczki osobowe nie są w służbach udostępniane; nie jest też łatwo dotrzeć do akt niemieckich wyjaśniających, jak został wyproszony w trybie nagłym z Berlina za działalność agenturalną, komicznie zresztą nieudolną. Muszyński dodaje w wywiadzie: „Żona czasem żartuje, że w poprzednim życiu musiałem nazywać się Andrzej Kmicic”.

E tam, od razu Kmicic. Raczej Papkin.